„Cabaret” – najgenialniejszy musical na deskach radomskiego teatru

24.03.2015

 

Nieco starsi widzowie z pewnością pamiętają słynny oscarowy film Boba Fosse'a z niezapomnianymi kreacjami Lizy Minnelli, Joela Grey'a czy Michaela Yorka. Ale i nieco młodsi doskonale znają nieśmiertelne, pochodzące z tego filmu przeboje, jak choćby „Money, Money...". Teraz znakomity musical przenosi na deski radomskiego teatru Waldemar Zawodziński. I przypomina, że kanwą do nakręcenia filmu stał się brodwayowski musical autorstwa Johna Kandera, Joe Masteroffa i Freda Ebba.

- To musical wybitny, ale wiadomo, że sam jako gatunek różni się od filmu, od języka filmowego, nawet jeśli elementy musicalowe stanowią lwią część samego obrazu. Na potrzeby filmu dopisano parę songów, które stały się przebojami, które weszły w kanon wybitnych i dających wykonawcom duże możliwości interpretacyjne. Ale nie zapominajmy, że w samym musicalu jest dużo znakomitych szlagierów, których nie było w wersji filmowej. Śmiało mogę powiedzieć, że w naszym spektaklu są wszystkie najwspanialsze utwory, razem 20 - mówi reżyser. Zaznacza, że mogłoby powstać z nich dwa, a nawet trzy musicale. - W tym przypadku co numer, to hit. To jest wyjątkowe, bo i twórcy musicalu wybitni. Być może sam temat tak ich zainspirował, że mamy do czynienia z przeogromną erupcją energii. To czyni z tego musicalu jeden z najwybitniejszych. Jeśli utworzylibyśmy ranking musicali to „Cabaret" będzie zajmował poczesne miejsce. Ma wszystko to, co predystynuje go do miana arcydzieła - uważa Waldemar Zawodziński.

Akcja „Cabaretu" rozgrywa się w Berlinie lat 30. XX wieku, gdzie skupia się życie kulturalne, rozrywkowe i towarzyskie ówczesnych Europejczyków. Sally Bowles, urocza, nieco zwariowana Amerykanka jest gwiazdką miejscowego kabaretu Kit Kat. Któregoś dnia poznaje młodego początkującego pisarza Clifforda Bradshawa, Anglika, który przyjechał do Niemiec, by podszkolić język. Znajomość szybko przeradza się w głębsze uczucie. Ale nie tylko ono jest ważnym tematem musicalu.

- Punktem wyjścia do stworzenia tej fabuły jest powieść, która opisuje Europę po I wojnie światowej. Świat wyszedł z niej obolały - fizycznie i psychicznie. Po raz pierwszy wojna nabrała rozmiarów totalnych, po raz pierwszy zaczęto masowo zabijać. To także okres wielkiego kryzysu gospodarczego. I ludzie ledwo wychodząc z tego i lecząc rany widzą, że rodzi się coś jeszcze gorszego. Z jednej strony umiera stary porządek świata i rodzi się nowy, ale już zaczyna być jeszcze gorszy, a przynajmniej są przeczucia co do tego, że to nowe może przelicytować w swoim okrucieństwie stary świat - podkreśla reżyser radomskiego przedstawienia.

Jak - językiem teatralnym - chce pokazać rodzący się totalitaryzm?

- Nie mamy scen, kiedy bojówki faszystowskie biją ludzi. Ale mamy dwie pary głównych bohaterów, którzy w tym dziwnym, magnetycznym, fascynującym, a jednocześnie przerażającym Berlinie zakochują się w sobie. Miłość jest tu remedium na pandemonium, na piekło. I w tej nowej rzeczywistości nie ma miejsca na miłość. Jest pokazanie tego samego poważnego problemu, tylko z perspektywy bardzo osobistej. Tak więc pierwszymi ofiarami sytuacji jest miłość tych dwóch par. Bohaterowie szukają oparcia w drugim człowieku, skoro świat jest zagrożeniem. Ale okazuje się, że w tym świecie nie można kochać. Nie można sobie pozwolić na ten luksus, który jest największym darem człowieka. Musical bardzo precyzyjnie pokazuje, że miłość tych dwóch par jest jest pierwszą ofiarą faszyzmu. Bardziej przez perspektywę doświadczeń, niż przez sceny, które można pokazać w filmie: podpalania, akcji bojówek - zapewnia Zawodziński. Charakterystyczna jest też moment, kiedy piękna pieśń sławiąca „małą ojczyznę" przeradza się w hymn zbrodniarzy, którzy chcą zawojować światem.

Bohaterem musicalu jest także sam Berlin. - Jest to magnetyczne, osobliwe i fascynujące miejsce. Pod każdym względem szalone. Jak mówi jeden z bohaterów: to miasto umiera i rzyga, ale jednocześnie ludzie się bawią, jakby na przekór przeczuciu, że jest to ostatni moment. W jednym z songów bohaterka śpiewa „bawmy się i pal sześć, co będzie jutro". A więc jest to szczególna chwila, w której ludzie czują - nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę - zagrożenie, puszczają się w wir życia: nocnego, kabaretowego. W tym tyglu, jakim był wtedy Berlin, do którego zjeżdżali artyści, wyzwoleni obyczajowo - ale powodem tego rozluźnienia również była świadomość, że ten świat niebawem przestanie istnieć - trudno się było wyrwać. Clifowi, głównemu bohaterowi jeszcze udaje się uciec, choć sam przyznaje, że Berlin choć tandetny, rozpadający się, ma ogromną siłę magnetycznego przyciągania i usidlania: rodzą się tu nowe poglądy na sztukę, nowe nurty, kierunki. Trudno się z tego miasta wyrwać , bo rodzi się w nim rodzaj szczególnej mocy. Ma w sobie i destrukcję, i przeczucie końca świata. A wszystko to daje potrzebę kreacji, wyrażenia siebie, wypowiedzenia się. To był fascynujący, a zarazem przerażający okres - przekonuje Waldemar Zawodziński.

Reżyser przypomina, że musical przywołuje inną rozrywkową formę sceniczną, czyli kabaret. Formę, która komentuje bieżącą rzeczywistość. - Kabaret pokonywał śmiechem rzeczywistość. W kabarecie jest też miejsce na dotkliwą satyrę, na erotykę, na lirykę, poezję - podkreśla reżyser. Jego zdaniem twórcy musicalu doskonale znali twórczość berlińskich kabaretów i świetnie ją wystylizowali. Do tego stopnia, że „Cabaret", w przeciwieństwie do wielu innych musicali, cały czas jest aktualny. - I ten klimat bardzo koresponduje z obecnymi czasami. Oczywiście, nie chcemy takiego naiwnego uwspółcześnienia, ale sama istota jest bardzo bliska. Bo skończyła się wiara, że Europa jest bezpieczna, że po wojnie, zimnej wojnie, przyzwyczailiśmy się - i ci, którzy pamiętają tamten okres i nowe pokolenia - żyjemy w innej rzeczywistości. Że gdzie, jak gdzie, ale tu jest bezpiecznie. I oto nagle czujemy, że pokój nie jest wartością daną raz na zawsze, że wojna toczy się na wyciągnięcie ręki. Nie chodzi o to, by teraz tym „Cabaretem" straszyć, ale ten klimat niepokoju pokazywać. Gdzieś z tyłu głowy mamy przecież przeczucie, że ten świat nie jest wcale taki stabilny i bezpieczny - twierdzi reżyser „Cabaretu" w Teatrze Powszechnym.

Premiera spektaklu odbędzie się w przypadający 27 marca Międzynarodowy Dzień Teatru.

Bożena Dobrzyńska
www.mojradom.pl
24.03.2015

 

 

Zdjęcia z prób Marian Strudziński.