Bombonem w aktora

07.05.2013

Uważam, że tekst Ulricha Huba jest najlepszym scenariuszem dla dzieci i młodzieży w Europie i właściwie na świecie. Historia dzieje się na wielu płaszczyznach, interesujących zarówno dzieci jak i rodziców. Jest to sztuka skłaniająca do dialogu między rodzicami, dziećmi, dziadkami i wnuczkami. Istotą sztuki są powstające pytania, na które nie da się zbyt jednoznacznie odpowiedzieć.

Rozmowa z Petrem Nosálkiem reżyserem spektaklu "Na Arce o ósmej".

 

Aleksandra Osiak: Pierwszym spektaklem jaki zrealizował Pan w Polsce była „Bajka o księciu Pipo i księżniczce" Pierre Gripariego, która swoją premierę miała 03.10.199 r. W jaki sposób znalazł się Pan jako reżyser w polskim teatrze?

Petr Nosálek: Bardzo często podróżowałem po Polsce i w ten sposób zaprzyjaźniłem się z różnymi Teatrami. Na jednym z festiwalów Opolski Teatr Lalki i Aktora. Poznałem wtedy dyrektora Kobyłkę. Kobyłka zobaczył moje inscenizacje i zaprosił mnie po raz pierwszy do współpracy.

Pracował Pan prawie we wszystkich teatrach lalkowych w Polsce, dlatego zapewne ma pan bardzo dobre rozeznanie o sposobach pracy i charakterze tych teatrów. Jak Pan ocenia poziom artystyczny polskiego teatru lalek?

Myślę, że polski teatr lalkowy stoi na bardzo wysokim poziomie. Bardzo się cieszę, że ludzie zapraszają mnie do polskich teatrów. W każdym zakątku Polski teatr ten jest troszeczkę inny. Jest to uzależnione od dramaturgii, od zespołu, od widzenia teatru. Jest to dla mnie bardzo wzbogacające, i te małe teatry i te duże jak na przykład te w Warszawie. Ciężko jest wyróżnić jakiś szczególny, ponieważ są one bardzo różne.

Pierwszą realizację „Pingwinów" wyreżyserował Pan w katowickim Teatrze Ateneum w 2009 r. Jak zrodził się pomysł zrealizowania sztuki opartej na tekście Ulricha Huba „Arka o ósmej rano"?

Uważam, że tekst Ulricha Huba jest najlepszym scenariuszem dla dzieci i młodzieży w Europie i właściwie na świecie. Historia dzieje się na wielu płaszczyznach, interesujących zarówno dzieci jak i rodziców. Jest to sztuka skłaniająca do dialogu między rodzicami, dziećmi, dziadkami i wnuczkami. Istotą sztuki są powstające pytania, na które nie da się zbyt jednoznacznie odpowiedzieć.
To takie dziecięce pytać: czy jest Bóg, czy jest sprawiedliwy, ale dlaczego się nie pokaże? Być może są to naiwne pytania, ale myślę, że warto o nich mówić także na scenie.
Inną płaszczyzną scenariusza jest temat przyjaźni, bo jak wiemy wejść na Arkę mogły tylko pary, a pingwiny są trzy i dwa chcą na tej Arce mieć również swojego przyjaciela. Ostatecznie udaje im się go tam przedostać i to jest pozytywne.
Trzecią płaszczyzną scenariusza jest próba ukazania dzieciom, że wszyscy jesteśmy inni i powinniśmy dostrzegać zarówno swoje pozytywne jak negatywne cechy. Jest potrzeba bycia tolerancyjnym i właśnie ten spektakl nie tylko prowokuje do pytań, ale także próbuje na nie odpowiedzieć.

Katowicki spektakl „Jak pingwiny Arką popłynęły" był drugą polską realizacją tej sztuki. Od polskiej prapremiery zrealizowano dziewięć przedstawień. Czy ten spektakl jest popularny także w Czechach?

Tak.

„Na Arce o ósmej" jest spektaklem przeznaczonym szczególnie dla dzieci. Dlaczego adresuje Pan znaczną część swojej twórczości właśnie do najmłodszej widowni?

Jestem reżyserem starszej daty i często wracam ze swoimi wnuczkami do dziecięcej literatury. Są to też propozycje z teatrów. Bardzo lubię ten świat. Jak mówił Wasz Zbigniew Herbert „Powtarzaj stare zaklęcia ludzkości". Zapewne miał na myśli między innymi baśnie i legendy, bo tam są największe mądrości. Ja także myślę, że w tym tkwi bogactwo i warto to często powtarzać. Mnie to interesuje.

Czy wiąże się to z poczuciem misji? Czy pragnie Pan w ten, między innymi, sposób przygotowywać najmłodszych widzów do odbioru sztuki teatralnej w ich dorosłym życiu?

Myślę, że tak. Gdy mały człowiek dostaje się do teatru. Jest to często jego pierwsze spotkanie ze sztuką, z estetyką teatru i jego „dziwacznym" światem, ale też z uczciwością i etyką. Poza tym wizyta w teatrze uczy także jak należy się zachowywać w trakcie przedstawienia, kiedy można klaskać itp. To wszystko składa się na dobre wychowanie, a owe pierwsze kroki znajdują swoje odbicie w przyszłości. Wpływają na to, czy człowiek lubi teatr, czy go nie lubi. Człowiek może się nawet bać teatru, gdyż coś go wystraszy na pierwszych spektaklach, które zobaczy ze szkołą czy z rodzicami. Myślę, że w życiu człowieka, kulturalnego człowieka, te pierwsze kroki w teatrze są bardzo ważne. To jest niezwykle interesujące i bardzo mnie zajmuje w mojej pracy.

W Czechach także realizował Pan spektakle dla najmłodszych widzów?

Oczywiście. Chociaż ostatnio tam realizowałem spektakl dla dorosłych.

Czy wśród tych spektakli znalazł się może „Na Arce o ósmej"?

Tak. W teatrze w Ostrawie. Pracowałem tam wtedy jako dyrektor artystyczny.

W Polsce zrealizował Pan również kilka przedstawień o tytułach nie brzmiących „bajkowo" jak np. „Gargantua i Pantagruel" François Rabelais'go, „Igraszki z diabłem" Jana Drdy i „Balladyna" Juliusza Słowackiego. Czy te spektakle przeznaczone były dla dorosłych, czy też zaadaptował je pan w taki sposób, aby dotrzeć do dziecięcej widowni?

Nie, one były skierowane do dorosłych i do młodzieży, bo jest to już taka literatura, którą zaadaptować dla małych dzieci byłoby trudno. Kiedyś w przyszłości zapewne zetkną się z nią. Jednak wcześniej nie ma potrzeby mówić z nimi na te tematy.

W ubiegłym roku „Na Arce o ósmej" wyreżyserował Pan z powodzeniem w Teatrze Lalek Kubuś w Kielcach. Czy zmienił Pan coś w założeniach do obecnej realizacji, którą przygotowuje Pan w Radomiu?

Tematycznie oczywiście nie, bo styl autora i jego tematy pozostały. Ale wizualnie tak, bo robię to z inną scenografką. Wtedy robiłem z praskim scenografem - Pavlem Hubičką - tutaj z Ewą Farkašovą, a są to zupełnie odmienni ludzie, każdy na swój sposób postrzega ten świat dlatego w Radomiu jest to inny spektakl.

W jaki sposób wybierani są aktorzy do Pańskich spektakli? Na co w pracy aktora zwraca pan szczególną uwagę?

Oczywiście przede wszystkim na umiejętności. W teatrach lalkowych mamy do czynienia nie tylko z aktorami ale i lalkami. Interesuje mnie także jego wykształcenie i słuch muzyczny, czyli jak oni postrzegają muzykę i jak na nią reagują. Ważne jest także jak aktor czuje przestrzeń i wiele innych atrybutów aktorskich. Bardzo się cieszę, że spotykam tych ludzi, których poznałem w szkole w Białymstoku czy we Wrocławiu. Obserwuję ich i widzę jak dojrzewają po latach. Tutaj w Radomiu jest właśnie piątka aktorów, których spotykałem kilka lat temu w innych miejscach, a za sprawą dyrektora Rybki są w radomskim teatrze i realizują się między innymi na scenie Fraszka. Ja z nimi robię trzeci spektakl a oni mają ich już za sobą pięć czy sześć. Widzę jak rosną, jak się zmieniają, jak tworzą. Jest to dla mnie bardzo interesujące. Niektóre teatry same proponują obsadę, ale ja wolę wybierać aktorów według tego jak konkretny człowiek czuje daną rolę. Jedną płaszczyzną jest profesja artystyczna, a drugą jest strona ludzka, która jest dla mnie bardzo ważna.

Co sprawia największy problem w pracy z aktorami?

Przy realizacji spektaklu zawsze znajdą się jakieś problemy. Uważam jednak, że praca z aktorem ma być właściwie aktem miłości. Czasami zdarzają się kłótnie czy nieporozumienia, ale kiedy waśnie są już za nami, gdy się wszystko powyjaśnia, to zwykle owocuje dobrymi konsekwencjami. Spektaklu nie da się zrobić lekko i bez problemów. Zawsze chyba musi troszkę boleć.

Konwencja teatru lalkowego i praca z żywym planem mają swoją odmienną specyfikę. Którą z nich pan preferuje?

Ja lubię mix. Zależnie oczywiście od tematu scenariusza. Jednak gdy się przedostaję do świata fantazji, najchętniej pracuję lalkami i aktorską lalkowością. Jeśli do tego mamy dobry i ciekawy dramat, to efekty potrafią być czasami niesamowite.

Nie tak dawno zrealizował Pan w Radomiu „Kopciuszka" oraz „Nieznośkę i Kmiecia". „Na arce o ósmej" to trzeci spektakl dla dzieci w tym teatrze. Czy zdążył Pan już polubić dziecięcą widownię Radomia?

Tak, na próbie generalnej też będą przede wszystkim dzieci z Radomia i bardzo mnie to cieszy. One mają duży głód teatru, bo tutaj lalkowego teatru nie było. Grało się tylko poważne sztuki na dużej scenie. Dziecięca widownia w Radomiu przyjmuje spektakle na Fraszce bardzo ciepło i bardzo szczerze. Gdy się podoba, są spontaniczne oklaski, a jeśli się nie podoba czasami rzucą bombonem w aktora. Bardzo ich polubiłem.

Proszę uchylić rąbka tajemnicy na temat planów zawodowych. Co będzie tematem kolejnych reżyserowanych przez pana spektakli?

Propozycji mam sporo. Jednak ostatnio chorowałem i najpierw muszę zebrać siły, żeby wszystko poukładać, bo tematów jest dużo. Nie wybiegajmy zbyt daleko do przodu. Rok lub dwa lata będę pracował nie tylko w Polsce, ale też w Czechach. Tematów jednak nie zdradzę. Powiem tylko, że będą to spektakle i dla dzieci, i dla dorosłych.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

 

Petr Nosálek - reżyser i aktor z Ostrawy, swoją teatralną karierę rozpoczął mając 14 lat. Jego pierwszym polskim przystankiem teatralnym było Opole. Trafił tu w 1993 roku i od tej pory często reżyseruje w Polsce, gdzie jest twórcą rozpoznawalnym i uznanym.


Aleksandra Osiak
Dziennik Teatralny
13 kwietnia 2013