Ciesz się tym, co masz

21.07.2015



Po raz pierwszy od wielu lat byłam naprawdę zaintrygowana premierą na radomskiej scenie. Na Międzynarodowy Dzień Teatru przygotowano bowiem „Cabaret". Podobnie jak wielu miłośników kina świetnie pamiętam słynny oscarowy film Boba Fossa z niezapomnianymi kreacjami aktorskimi i piękną muzyką. Pomysł realizacji owianego legendą musicalu wydał mi się karkołomny. Niepotrzebnie. Rozmach inscenizacji, gra i śpiew aktorów a także nowiutki czerwony dywan, po którym - po raz pierwszy - przekraczało się progi teatru godne były święta teatru.

Na początek przypomnijmy fabułę: miłosną historię Clifforda i Sally, wplecioną w główny wątek musicalu - rozwiązłą atmosferę przedwojennego berlińskiego kabaretu. Do Berlina lat 30. przyjeżdża Clifford Bradshow. Amerykanin (bez grosza przy duszy za to z ambicją, aby zostać wziętym pisarzem) trafia do kamienicy pani Schneider, która - upewniwszy się najpierw, czy potencjalny lokator będzie płacił - przygarnia różne, najczęściej oryginalne postaci. Są tu więc, między innymi, emerytowane Niemki i pani Kost, cenny nabytek, bo płaci regularnie. Pieniądze pochodzą od licznych klientów, najczęściej żołnierzy, którym świadczy usługi - jak tłumaczy - dla dobra ojczyzny. Mieszka tu także Sally Bowles, amerykańska szansonistka, teraz gwiazdka kabaretu Kit Kat. I to ona przygarnia do siebie Clifforda. Bratersko-siostrzany układ przeradza się w głębsze uczucie, które dziewczyna dzieli między pisarza i Ernsta Ludwiga, zamożnego zwolennika rodzącego się nazizmu, nowej niemieckiej ideologii, który także Clifforda, obdarza niejednoznaczną przyjaźnią. Kiedy piosenkarka zachodzi w ciążę, sielanka zostaje skutecznie zakłócona. Sally nie chce zrezygnować z pracy w kabarecie, nie chce też wyjeżdżać z Niemiec, choć neonaziści śmiało zagarniają kolejne dziedziny życia społecznego. Ich ofiarami padają również pani Schneider i kochający ją żydowski sklepikarz Rudolf Schultz. Miłość nie przetrwa. Rudolf Schulz zostanie „naznaczony" pięcioramienną gwiazdą i zepchnięty na margines życia, pani Schneider, w obawie przed utratą kamienicy, rezygnuje z jego uczuć. Clifford przerażony wszechobecnością nieludzkiej ideologii wraca do Ameryki. Sally, pozbywa się dziecka i zadowalając się rolą gwiazdy kabaretu i zachowując przydatną przyjaźń Ludwiga.
W radomskiej inscenizacji Waldemara Zawodzińskiego w sceniczną przestrzeń wbudowano dwa światy, oddzielając je ponurą, szaroburą ścianą kamienicy. Za nią kipi pełen przepychu beztroski świat kabaretu: radosny, wypełniony śmiechem, tańcem i śpiewem. Ściana staje się tłem dla życia, w którym roi się od problemów, z jakimi borykają się ludzie walczący o normalne, godne życie.
Światem kabaretu „rządzi" Konferansjer - Łukasz Mazurek. Widziałam go w roli fajtłapowatego głupca w „Kolacji dla głupca" i nie podejrzewałam nawet o tyle scenicznej ekspresji. Wygląda jak barwny ptak: kolorowe stroje, różnokolorowa fryzura i ekspresja sceniczna, której trudno nie zauważyć. Wydawać by się mogło, że niełatwo będzie „przebić" filmową kreację Joela Grey'a. Okazuje się jednak, że przy sporych umiejętnościach aktorskich można podjąć ryzyko i nie polec. Nie najgorzej wypadła także Magdalena Placek w roli Sally. Nie dała plamy, przede wszystkim dlatego, że naprawdę umie śpiewać (momentami z dużym wysiłkiem, niepotrzebnie przypominającym krzyk, co składam na karb premierowych emocji). Potrafi też oszczędnie używać gestu i ruchu w scenach z codziennego życia, choć w kabarecie idzie na całość. Tyle o osobach dźwigających świat kabaretu, bohatera musicalu.
A jaki jest bohater? Nie pamiętam takiego rozmachu inscenizacyjnego na radomskiej scenie i tyle... kiczu od lutego 1996 roku. To data premiery „Józefa i jego cudownego płaszcza w technikolorze", musicalu A. L. Webbera, gdzie także nie brakowało starannie zaplanowanego kiczu. Nie pamiętam już czy wówczas także grała orkiestra, co najnowszej premierze dodało urody i „zrobiło" klimat... Na pewno scenę zaludniły tłumy aktorów i statystów, a przepych kostiumów zaskakiwał. Tym razem również aktorów kabaretowych jest moc, a kostiumy zaskakują... oszczędnością materiału. Golizny w różnych konfiguracjach dostatek. Są też złote akcenty w interesujących układach choreograficznych, baletowa szkoła Kamasutry i wszystko, co kojarzy się z tego typu rozrywką: fordanserzy, prostytutki, siłacze, żigolaki, girlsy, treser. Jak w każdym kabarecie są - moim zdaniem - sceny pomysłowe czy pełne urody, jak wspomniana Kamasutra czy taniec starszej damy w bieli (świetny Alan Bochnak). I, w myśl zasady dla każdego coś miłego, nie brak scen takich sobie (przemarsz prostytutek). Każdy znajdzie coś dla siebie.
Zupełnie inaczej zbudowany jest świat realny. Na pierwszy plan wysuwa się Izabela Brejtkop, właścicielka domu. Pozornie szorstka, walcząca o każdy grosz, w głębi serca marzy o wielkiej miłości. Kiedy ją już spotyka, musi z osobistego szczęścia zrezygnować. Izabela Brejtkop ma największe pole do popisu i - jak zwykle - nie zawodzi. Kiedy trzeba jest kobietą, że do rany przyłóż, kiedy indziej zwykłą zołzą, rozpacza zaś z przejmującą powściągliwością. Partneruje jej przekonujący Jarosław Rabenda w roli żydowskiego sklepikarza Rudolfa Schultza. Aktor także prowadzi swoją postać oszczędnymi środkami wyrazu. Początkowo nieśmiały, nadto nawet wyciszony, zmienia się dzięki odwzajemnionej miłości. Stać go na uśmiech, nawet na żartobliwe podejście do życia - tak opowiada o sobie. Wzruszająca jest scena tańca zakochanych z ananasem w roli głównej, a najbardziej pomysłowa i zabawna scena narodzin dziecka, czyli Rudolfa, brzydkiego niemowlęcia. Kiedy świat zewnętrzny ingeruje w tą miłość znacząc Rudolfa stygmatem pięcioramiennej gwiazdy on także wpada w rozpacz, zagraną subtelnie, więc tym bardziej przejmującą.
Jak powiedział w wywiadzie reżyser Waledemar Zawodziński okropność systemów totalitarnych niekoniecznie symbolizuje krew. W „Cabarecie" pokazuje to dobitnie zasada: gdzie nie ma miejsca na miłość, tam triumfuje nienawiść i okrucieństwo. Symbolizuje je Ernst Ludwig, czyli bardzo dobry w tej roli Piotr Kondrat. Początkowo miły, lubiący beztroskie życie mężćzyzna, zauroczony nową ideologią przeradza się w bezwzględną i groźna bestię. Szczególnie poruszająca jest ostatnia scena, w której Piotr Kondrat, wędrując w ciemną przestrzeń nowego świata i jego odmienionych obywateli, uważnie lustruje przez ramię widownię, jakby sprawdzał czy może ktoś ośmiela się kwestionować nowy porządek.
Wspominając o różnych rolach trzeba wymienić udany epizod Joanny Jędrejek (pani Kost), atrakcyjnej kobiety beztrosko sypiającej z żołnierzami, a także rólki-perełki, czyli przeurocze stare Niemki, w które wcielają się... Włodzimierz Mancewicz, Wojciech Ługowski i Ryszard Mróz. Niestety, na tym tle blado wypadł Marek Nędza w roli Clifforda. Jego młody pisarz jest tak nijaki, że można się jedynie dziwić zauroczeniu, jakiemu ulega Sally.
Radomską inscenizację kończy piosenka „Jutro należy do nas" w wykonaniu licznych aktorów i sporej grupki dzieciaków. Na mrocznej scenie melodyjna fraza przeradza się w groźny hymn, któremu towarzyszy znany gest wyciągniętej dłoni i spojrzenie lustrującego widownię NSDA-powca. Stwierdzenie „do nas należy od jutra świat" może skutecznie unicestwić chęć do kabaretowej zabawy. Tym bardziej, że pytanie co narodzi się w świecie pozbawionym wzajemnej życzliwości i dziś wydaje się być aktualne.
Życie wszak kabaretem jest, jak przypomina tytułowa piosenka, więc może warto nauczyć się czerpać radość z tego, co się ma. Tak twierdzi jeden z bohaterów musicalu. Lecz aby się o tym przekonać, warto obejrzeć najnowszą inscenizację na radomskiej scenie, choć to dość długie przedstawienie.

Krystyna Kasińska
"Miesięcznik Prowincjonalny" 2015, nr 3 (150), maj-czerwiec