Cimcirimci zniewala i drażni

12.01.2011

 

 

Za nami IX Międzynarodowy Festiwal Gombrowiczowski. O ile nazwa „festiwal" do konkursowej formuły spotkań ma się nijak (mała różnorodność spotkań, ich śladowa liczba i brak atmosfery przenikającej teatr i wychodzącej poza jego mury), o tyle określenie „międzynarodowy" pasowało tym razem jak ulał. Nawet bowiem realizacje Gombrowicza prezentowane przez polskie sceny przygotowali cudzoziemcy. Obejrzeliśmy więc gombrowiczowski świat, w którym pięciokrotnie królowała „Iwona, księżniczka Burgunda", oczami dwójki Szwedów, Argentyńczyka, Węgrów oraz Słowaków. Po ośmiu spektaklach tylko dwukrotnie zgotowano aktorom długą owację na stojąco, a entuzjazm widowni podzieliło jury pod przewodnictwem Jacka Wakara.

Grand Prix, Nagrodę Prezydenta Miasta Radomia (piękna rzeźba prof. Krzysztofa Nitscha) za najlepsze przedstawienie przyznano „Trans-Atlantykowi" z Teatro Nacional Cervantes w Buenos Aires. Nagrodzono też reżysera Adriána Blanco i Gustavo Manzanala w roli Gombrowicza (I nagroda aktorska). Wartki, barwny, dobrze zagrany spektakl podobał mi się, przedstawiony w nim obraz Polski - nie. Adrián Blanco zastrzegał wprawdzie, że zespół, nie znając Polski, próbował jedynie wiernie oddać atmosferę kraju, zawierzając pisarzowi, ale... „Trans-Atlantyk", ostra satyra na mentalność Polaków sprzed lat, jakoś mnie nie śmieszy. Raczej poraża. Pewnie dlatego, że nie traci aktualności, a dobra interpretacja tekstu jeszcze dobitniej podkreśla nasze narodowe ułomności. Można je streścić tak: patriotyzm
o nacjonalistycznym zacięciu, chora wiara w Boga i codzienne życie: swarliwe, zakłamane, łamiące deklarowane zasady.

Podkpiwali z naszej mentalności również Szwedzi, ale ich przytyki przełknęłam gładko. Zespół Turteatern, uznany za jedną z najciekawszych scen w Sztokholmie, podziwia Gombrowicza za zuchwałość, z jaką łamie kolejne normy, i po zapoznaniu się z całą jego twórczością postanowił wystawić kilka utworów. My obejrzeliśmy „Barfotaupproret" („Rewolucję na bosaka" inspirowaną „Historią") i „Ferdydurke". Pierwszy to dekadencki kabaret dla młodego widza. Bohaterka, mocno podrośnięta Witolda, wyrusza w świat, by odnaleźć swoje buciki, bez których nie może wydorośleć. Spektakl skutecznie przyciągnął uwagę dzieci (spektakle tłumaczono symultanicznie) i bardzo podobał się młodzieży. Mnie urzekła piękna muzyka grana na żywo. „Ferdydurke" dostosowano do szwedzkich realiów, więc rodzina bohatera mieszka w ciepłych krajach (plastikowe palmy), parobek, z którym się panicz brata, to tubylec, a występ zespołu wyraźnie przypomina Abbę. Przedstawienie było zabawne i z pewnością nietuzinkowe, a prowizoryczna, sztuczna scenografia podkreślała tylko charakteryzującą Gombrowiczowskich bohaterów niedojrzałość.
Moim faworytem do nagrody była „Iwona, księżniczka Burgunda" wyreżyserowana przez Mariána Pecko w Teatrze Lalki i Aktora z Opola. Bardzo dawno nie czułam w teatrze gęsiej skórki i nie śledziłam gry w napięciu graniczącym z bólem. Groteskowa formuła spektaklu była i straszna, i śmieszna. Towarzyszyły jej nietuzinkowe, choć nieudziwnione rozwiązania sceniczne, podkreślająca napięcie muzyka, kolorystyka pięknych kostiumów, świetne tempo i rewelacyjna gra aktorów połączona z „grą" pomysłowych lalek. Zespołową nagrodę aktorską, otrzymaną od jurorów, uważam za w pełni zasłużoną.

Tegoroczny konkurs zdominowała „Iwona...".
Aż dziw, że teatr był pełen. Ku mojemu zdumieniu w ogóle mnie to nie znużyło. Więcej. Za każdym razem ciekawiło mnie, jakie rozwiązania inscenizacyjne podsunie jeszcze dramat. Był dwór taplający się w błocie lub zanurzony w poetyce popkultury. Iwona gadatliwa lub umysłowo chora oraz agresywny książę Filip, Szambelani odrobinę homoseksualni i Królowie opętani seksem. Głupawe damy dworu i egzaltowana Królowa. Niewinna komedia salonowa, która okazuje się tragigroteską, ma nieskomplikowaną intrygę i powinna trafić do każdego widza. Tym bardziej że i myśl przewodnia wydaje się niezniszczalna. Iwona, zamknięte w sobie brzydactwo, jest jak kropla drążąca skałę. Skutecznie rozwala nieskazitelny obraz dworu, ujawniając głęboko skrywane tajemnice
i drzemiące w ludziach demony. Musi więc zginąć. Perfekcyjnie obmyślone morderstwo daje cień szansy na powrót „normalnego" życia. Po prostu nie lubimy „innych". Jednych za kolor skóry, innych za poglądy, jeszcze innych za wyłamywanie się z obowiązujących reguł. Kraj i czas są bez znaczenia.
„Iwona..." ma kilka niełatwych do zagrania ról. Tym razem jury nagrodziło trzy bohaterki: Agnieszka Radzikowska z Katowic dostała II nagrodę aktorską, a Gizela Kicsid ze Słowacji (grającą bohaterkę chorą umysłowo) oraz Karolina Michalik, z radomskiej inscenizacji - wyróżnienia aktorskie. Otrzymali je także pomysłodawcy morderstwa Iwony: Szambelani (demoniczny Jerzy Głybin z Katowic oraz Tibor Pálffy - operator dworskiej telewizji z Rumunii) i Król w inscenizacji radomskiej - Janusz Łagodziński.


Krystyna Kasińska
"Cimcirymci zniewala i drażni"
"Miesięcznik Prowincjonalny" 7.01.2011 r.

(...)
więcej w najnowszym "Miesięczniku Prowincjonalnym"

 

Informacja o cookies
Korzystamy z plików cookies w celach statystycznych i umożliwienia funkcjonowania serwisu.
Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę.
Informacje o możliwości zmiany ustawień cookies »
Zgadzam się, zamknij X