Czego nie widać za teatralną kurtyną

11.10.2011

 

Ze wszystkich fizjologicznych substancji nieprawdziwa w teatrze jest tylko krew - to słowa samego Sławomira Mrożka, mistrza dramaturgii. Zdaje się to potwierdzać farsa "Czego nie widać", której premiera odbyła się w sobotę na scenie Teatru Powszechnego w Radomiu. Publiczność ma okazję zobaczyć teatr od kuchni, a tam, jak to w kuchni, nierzadko wrze

 

Autorem granej z powodzeniem od lat na całym świecie farsy "Czego nie widać" jest angielski dramatopisarz Michael Frayn. Jak sugeruje tytuł, sztuka opowiada o tym, co dzieje się za kulisami podczas prób i samych przedstawień. Frayn wiedział, co pisze, sam bowiem żył w teatrze, znał jego specyfikę, był też wnikliwym obserwatorem zachowań aktorów.

Każdy z nas ma w sobie coś z podglądacza, świadczy o tym choćby nieśmiertelność plotki, teorii spiskowych i... portali społecznościowych. W "Czego nie widać" mamy okazję popatrzyć i podpatrzyć. Sztuka składa się z trzech części, pierwszy akt opowiada o przedłużającej się do późnych godzin nocnych próbie generalnej do spektaklu "Co widać", w drugim akcie podglądamy aktorów od strony kulis podczas przedstawienia, ostatnia część to samo przedstawienie, które staje się jedną wielką improwizacją.

Czego dowiadujemy się o aktorach? Ich zakulisowe perypetie, prywatne namiętności, nienawiści i wzajemne animozje przenoszą się na scenę. Okazuje się, że aktorzy to też ludzie, którzy starają się być profesjonalistami mogącymi zagrać wszystko, jednak nierzadko zbyt mocno czują i zarażają odgrywane postacie swoimi emocjami.

Reżyser Tomasz Dutkiewicz stanął na wysokości zadania. Obsada została skompletowana doborowo, każdy ma w sobie coś charakterystycznego. Na uwagę zasługuje kreacja Vicky, grającej w "Co widać" Brooke Ashton. W tę podwójną rolę wcieliła się debiutantka Natalia Rzeźniak. Vicky to postać, która pretenduje do bycia profesjonalistką, a w rzeczywistości ociera się o kicz. Jest urocza i seksowna, jednocześnie głupiutka. Ona jedna trwa przy swoich kwestiach pomimo sypiącego się w komedii omyłek scenariusza. Prawdziwa gwiazda, ma romans z reżyserem, co też staje się przyczynkiem do napięcia rosnącego pomiędzy aktorami na scenie i za kulisami. Porcji śmiechu dostarczył niewątpliwie występujący gościnnie w roli aktora Włodzimierz Mancewicz, który zagrał mającego problemy z abstynencją i absencją Selsdona Mowbraya.

Brawurowo zagrał Wojciech Wachuda, który wcielił się w rolę stanowczego reżysera-demiurga, Llyoda Dallasa. Donośny głos, żywa gestykulacja, swoboda i absolutne wczucie się w postać sprawiają, że jest to moim zdaniem najciekawsza i - mimo całego humoru - najbardziej tragiczna postać spektaklu. Jako reżyser stara się udźwignąć brzemię odpowiedzialności za finalną wersję przedstawienia, słabość natury ludzkiej, jaka dopada jego aktorów, wymyka się jednak spod kontroli, powodując, że spektakl zaczyna żyć własnym życiem.

Po reakcjach publiczności wnieść można, że brak profesjonalizmu, emocje targające aktorami, improwizacje, złośliwości, dość ograne gagi i przede wszystkim możliwość zobaczenia, jak teatr wygląda za kurtyną, po prostu bawią. Okazuje się bowiem, że aktorzy, gwiazdy scen, czują i przeżywają jak każdy z nas. Wszak już zasadą teatru starożytnego było katharsis, czyli oczyszczenie poprzez współuczestniczenie. Nie bez kozery mówi się, że teatr jest terapią grupową z udziałem publiczności. Nie do końca wiadomo, czy praca nad spektaklem ukazana została w krzywym zwierciadle, czy w teatrze rzeczywiście dzieją się takie rzeczy. To pozostanie słodko-gorzką tajemnicą kurtyny...

 

Katarzyna M. Wiśniewska
"Gazetw Wyborcza" 10.10.2011