Emocje mają być prawdziwe

07.12.2011



- Nasze działania w życiu codziennym stały się przedłużeniem wojen militarnych. Wojen o nowe zdobycze materialne. W tym wirze zatracają się gdzieś więzi międzyludzkie, nasza duchowość. Coraz częściej ważniejsze jest "mieć" niż "być". I z tym autorowi najwyraźniej trudno się pogodzić. Mnie również - mówi Janusz Łagodziński, reżyser spektaklu "Eldorado", które już w piatek o godz. 19 zobaczymy na scenie kameralnej Teatru Powszechnego im. Kochanowskiego


Ostatnio mogliśmy Pana oglądać w roli Papkina w "Zemście". Teraz na radomskiej scenie debiut w roli reżysera. To większa odpowiedzialność, stres niż jedna z głównych ról w przedstawieniu?

Janusz Łagodziński - Jest to moja pierwsza praca reżyserska w tym teatrze, bo mam już na swoim koncie parę innych realizacji w innych teatrach. Ale potwierdzam pani przypuszczenia. To większa odpowiedzialność niż stworzenie roli. Bo jest to odpowiedzialność za całkowity kształt przedstawienia, klarowną wypowiedź, stworzenie "świata spektaklu", jednorodnego języka aktorów, zdobycie i niezmarnowanie zaufania aktorów i współtwórców.

Pewnie łatwiej jest udzielać wskazówek niż je otrzymywać?

Nie zgodzę się z tym. Być może jest to sprawa indywidualna, ale jeżeli serio traktuje się to co powiedziałem na temat odpowiedzialności reżysera za spektakl, to wskazówki muszą być konstruktywne. Wiem, że bardzo łatwo jest "zamknąć" aktora nadmiernym piętrzeniem wymagań. Wiem, bo sam jestem aktorem. Aktor powinien mieć poczucie bezpieczeństwa, bo pracujemy na nas samych, na własnej psychice. Postaci, które gramy są fikcyjne, ale emocje mają być prawdziwe, wiarygodne. Aktora i reżysera musi łączyć zaufanie.

"Eldorado" Mariusa von Mayenburga, to Pana wybór czy przyjęte wyzwanie?

Zdecydowanie mój wybór. Cieszę się, że dano mi taką możliwość. Uważam, że jeśli spektaklem czy rolą - bo dotyczy to również aktorów - nie chce się powiedzieć czegoś osobistego o człowieku, to szkoda czasu na takie zajmowanie się sztuką. A sztuka Mayenburga zainteresowała mnie, bo zajmuje się sytuacją współczesnego mężczyzny wobec tzw. wyścigu szczurów, i coraz trudniejszą konfrontacją z jego stereotypowym wizerunkiem. A także rolą sztuki w dzisiejszych trudnych czasach.

Marius von Mayenburg posługuje się w swojej twórczości bardzo zwięzłym, precyzyjnym językiem. Jest, to dla aktora ograniczenie, a może dzięki temu może uruchomić inne środki wyrazu i pokazać cały wachlarz swojego talentu i warsztatu?

W życiu przekaz werbalny, jak wyliczyli naukowcy, to ok. 8 proc. przekazu. Reszta to język ciała, intonacja itd. Ciekawe jest właśnie to, co po za słowami. U Mayenburga słowa są tylko wierzchołkiem góry lodowej. Naszym zadaniem jest dotrzeć do tego co pod wodą, co ukryte. Rozszyfrować osobowość postaci, wypełnić ją energią, talentem i inteligencją aktora. Wypowiedzieć słowa potrafi każdy. Stworzyć postać sceniczną, być przez chwilę człowiekiem, który te słowa wypowiedzieć musi, jest znacznie trudniej. I to właśnie usiłujemy uzyskać.

Główny bohater Anton chcąc kupić nowy dom dla swojej żony Thekli, fałszuje podpis szefa. Kiedy oszustwo wychodzi na jaw, zostaje zwolniony z pracy. Nie chcąc martwić żony, nadal co rano wychodzi z domu, a wieczorami opowiada o fikcyjnych transakcjach. Brzmi jak przestroga dla wszystkich młodych mężczyzn, którzy myślą właśnie o wzięciu kredytu na własne cztery kąty

Rzecz w tym, że on nie mówi o niczym, co jest po za domem. Zbudował dom - schron. Żyje podwójnym życiem, podwójną moralnością. Mayenburg i my, pytamy, czy warto. Antonowi wydaje się, że nie ma innego wyjścia. Przecież musi wyrwać żonę ze szponów toksycznej matki. Ale nie widzi, że jednocześnie uzależnia ją od siebie. Usiłuje ratować żonę ale jednocześnie traci z nią więź. Później kilka razy próbuje powiedzieć jej prawdę ale wizerunek jakim go obdarzono, nie pozwala tej prawdy usłyszeć. Bo kto jak kto, ale Anton da sobie radę w każdej sytuacji i "potrafi utrzymać nawet i trzy rodziny". To nie jest problem, zmartwienia bądź nie, żony. To jest problem kulturowy. Anton " musi" sprostać.

Jakim człowiekiem jest Anton? To współczesny irytujący macho? A może budzi w widzu politowanie?

Nie ma innej alternatywy? Albo irytujący albo budzący politowanie? Mam nadzieję, że każdy spojrzy na to indywidualnie. Chciałbym żeby Anton budził współczucie widzów, by mogli odnaleźć w nim cząstkę siebie. Choćby po to, by dać mu a także sobie prawo do słabości. Ale to nie powód, żeby nie widzieć jego podwójnej moralności. Ten człowiek nie budzi mojego politowania. Autentycznie współczuję mu z powodu jego uwikłania. Żyjemy w czasach gdy odbiera się nam niektóre atrybuty męskości. A jednocześnie pokutują w nas stare kalki i przyzwyczajenia. Stare oczekiwania. Do tego dochodzi pęd cywilizacyjny. Nerwica nie jest już tylko zarezerwowana dla kobiet. Niestety nie potrafimy jeszcze tak jak kobiety wentylować swoich emocji. Pewnie dlatego krócej żyjemy.

Czy w "Eldorado" autor chciał pokazać jak zwariowane, szybkie i niebezpieczne jest życie przeciętnego Kowalskiego?

Świat, który opisuje Mayenburg, jest światem wojny globalnej, wdzierającej się w różnej formie do każdego domu. Nasze działania w życiu codziennym stały się przedłużeniem wojen militarnych. Wojen o nowe zdobycze materialne. W tym wirze zatracają się gdzieś więzi międzyludzkie, nasza duchowość. Coraz częściej ważniejsze jest "mieć" niż "być". I z tym autorowi najwyraźniej trudno się pogodzić. Mnie również.

 

rozmawiała Karolina Stasiak
"Gazeta Wyborcza"
06.12.2011

 

Zdjęcia z prób: Edgar de Poray.