Gombrowicz rusza (w) świat

05.01.2015

 

Hasło słowno-muzycznych spotkań, które odbyły się latem w Muzeum Witolda Gombrowicza we Wsoli, wykorzystuję za zgodą Tomasza Tyczyńskiego, kierownika instytucji. Nie sądzę, abym wymyśliła lepsze określenie dla przypomnienia wszystkiego, co działo się w ramach tegorocznego XI Międzynarodowego Festiwalu Gombrowiczowskiego. Moim zdaniem jednego z lepszych.

Wspomniany projekt (zrealizowany z okazji 110 rocznicy urodzin Witolda Gombrowicza oraz 75. rocznicy jego wyjazdu z Polski) stał się artystycznym przedtaktem do festiwalu w Radomiu i obejmował dwa spotkania teatralne połączone z recitalami. Jarosław Rabenda - Gombrowicz we „Wspomnieniach polskich", przygotowanych przez Mikołaja Grabowskiego na inaugurację poprzedniego Festiwalu, przypomniał trzy fragmenty spektaklu a Mariusz Bonaszewski - Gombrowicz w „Błądzeniu", wyreżyserowanym w Teatrze Narodowym w Warszawie przez Jerzego Jarockiego, monolog pisarza. Anna Dereszowska zaśpiewała znane tanga, zaś Dominika Barabas ze swoim zespołem utwory z nurtu piosenki literackiej.

W pałacyku (mija stulecie budowy obiektu, w którym mieszkał starszy brat pisarza Jerzy z żoną Aleksandrą z Pruszaków) odbyła się także dwudniowa międzynarodowa konferencja naukowa „Gombrowicz z przodu i z tyłu", towarzysząca spotkaniom teatralnym; wzięło w niej udział 60 uczestników z dziewięciu krajów. Wieść niesie, że dyskusje były burzliwe. I choć nie udało mi się w nich uczestniczyć, daję posłuch szeptanej opinii. Byłam świadkiem, jak spokojnie rozpoczynająca się rozmowa dr Łukasza Tischnera (UJ), autora książki „Gombrowicza milczenie o Bogu" z Maciejem Nowakiem (KUL) oraz uczestnikami sesji, w miarę upływu czasu i argumentów, stawała się coraz żywsza. Sądzę, przeglądając jedynie tematy innych wystąpień, że publikacja - pokłosie spotkania będzie co najmniej interesująca. I sesję, i Festiwal, objęła patronatem Rita Gombrowicz, która mimo wielu obowiązków zdążyła także uczestniczyć w uroczystości nadania imienia Witolda Gombrowicza Bibliotece Miejskiej w Ożarowie.

Części teatralnej Festiwalu towarzyszyły również wernisaże. W foyer przy Dużej Scenie swoje prace, pod hasłem „Pars pro toto. Gombrowicz Impressions" pokazał Andrzej Markiewicz (radomski uniwersytet). Na parterze znalazły się plakaty do sztuk Gombrowicza z kolekcji Galerii Plakatów w Krakowie a w holu przed Sceną Kameralną można było obejrzeć „Sztukę dialogu - wokół autoportretu", obrazy artystów z Magdeburga.
Spotkaniom scenicznym nieodłącznie kibicuje „Niecodzienna gazeta codzienna" - niezależny tytuł wydawany przez młodzież, którą opiekuje się Jarosław Basaj. Gazetka, ilustrowana aktualnymi zdjęciami (tworzona tym razem przez Darię, Claudię, Olę, Dorotę, Ewę i Bartka), szybko zdobyła grono stałych czytelników. Trudno się temu dziwić. „Organ", przygotowywany po nocach, pokazywał festiwalowy świat od sceny i od kulis w tekstach pisanych ze swadą, poprawną polszczyzną, z wykorzystując różne gatunki - od sondy, przez recenzje (czasem zaskakujące) po bardzo interesujące wywiady. Inicjatywie należy przyklasnąć, młodzieży pogratulować wytrwałości oraz talentu.

Tegoroczny Festiwal Gombrowiczowski okazał się nietypowy - z 15 prezentacji sztuk Gombrowicza lub o Gombrowiczu oraz tekstów pisarza, aż pięć spektakli miało premiery w tym roku. Moim zdaniem dawno nie było spotkań teatralnych na tak wyrównanym poziomie. No, może z wyjątkiem „Niepewnego poruszenia miłości", przygotowanego przez grupę młodych osób z Argentyny, Francji, Chin, Hiszpanii i Serbii. Nawet przełknęłabym, że performance nijak się ma do idei festiwalu, ale był to po prostu pokaz nieprzygotowany. W ogóle nie wykorzystano ankiet o uczuciach, do których wypełnienia energicznie nakłaniano widzów, a zaczepianie młodych mężczyzn (tańce, siadanie im na kolanach, jakieś próby rozmów) przy absolutnym zagubieniu tłumaczki wzbudzały najwyżej pewne poruszenie zniecierpliwienia widzów. Ale...projekt podobał się młodzieży. Podobnie, jak „Bakakaj - niedojrzałe oratorium", wyreżyserowane i zagrane przez Chloe Begou z Lyonu, której towarzyszyli młodzi muzycy. Jury wyróżniło spektakl za twórczą próbę wejścia w świat wyobraźni Witolda Gombrowicza. Szkoda, że wyświetlane na ekranie tłumaczenia tekstu nie nadążały za tym, co mówiła aktorka. Tak działo się przy każdej elektronicznej prezentacji tłumaczenia, więc - moim zdaniem - lepiej sprawdza się symultaniczne czytanie przez tłumaczy.
Rozczarowały mnie „Historia" przywieziona przez grupę teatralną z Buenos Aires (nie tylko dlatego, że epatowanie golizną nie pierwszej urody nie zawsze dobrze służy prezentacji przemyśleń Gombrowicza) oraz chwalona przez recenzentów łódzka „Iwona, księżniczka Burgunda" w reżyserii Agaty Dudy-Gracz. Trudno mi było zaakceptować nie tylko nieżyczliwy i brutalny (choć bliski dzisiejszemu) świat do którego trafia Iwona. Natomiast podobała mi się poetycka scenografia Agaty Dudy-Gracz oraz piosenki Mai Kleszcz (choć początkowo z kiepską dykcją) do muzyki jej i Wojciecha Krzaka (oprawę wokalno-muzyczną nagrodziło jury). Nagrodę aktorską otrzymał, znany już w Radomiu, Vincent Aubert za rolę Gombrowicza w spektaklu „Przekątna Szalonego. Spotkanie z Filidorem" w reżyserii Ewy Kraski.
Naprawdę zachwyciło mnie niewiele. Przede wszystkim „Dowód na istnienie drugiego", przywieziony przez Teatr Narodowy spektakl Macieja Wojtyszki przypominający spotkanie Gombrowicza z Mrożkiem, Przedstawienie oparte na dobrym aktorstwie (z rewelacyjnym Cezarym Kosińskim w roli Mrożka i bardzo dobrą Kamilą Baar w roli Rity), oglądało się z prawdziwą przyjemnością i to mimo wyraźnie słabszego dnia Jana Englerta. Wzruszona Rita Gombrowicz dziękowała aktorom za przypomnienie jej pięknych latach młodości. Z nie mniejszą przyjemnością obejrzałam także „Ślub", wyreżyserowany przez Waldemara Zawodzińskiego, choć to najtrudniejsza ze sztuk Gombrowicza. Jednak dyplom studentów łódzkiej Filmówki był fascynujący, świetnie zagrany. I choć pokazano go poza konkursem, słusznie otrzymał nagrodę, a widzowie dziękowali aktorom owacją na stojąco.
„Kolibra lot ostatni", sceniczna adaptacja powieści Pawła Huelle, którą przywiózł Teatr Miejski im. W. Gombrowicza w Gdyni, może mnie nie zachwyciła, ale obejrzałam ją z przyjemnością. A to za sprawą Andrzeja Redosza, przez wiele lat pracującego w Radomiu, który w roli Nadkomisarza okazał się w gronie wykonawców najlepszy.
W tym roku zwyciężyły dwie inscenizacje „Operetki". Nagrodę zespołową zgarnął Teatr IMKA, w którym „Operetkę" przygotował Mikołaj Grabowski. Natomiast Grand Prix (rzeźba dłuta Krzysztofa Nitcha) powędrowało do Teatru Narodowego z Budapesztu, gdzie inscenizację tekstu „Operetkę" opracował i wyreżyserował Andrzej Bubień. Taka realizacja sceniczna z pewnością usatysfakcjonowałaby Gombrowicza. Przepych, jakiego nie pamiętam na radomskiej scenie: piękne kostiumy, doskonała muzyka grana na żywo przez zespół, kilkudziesięciu dobrze grających aktorów. Nudnawą parodię klasycznej operetki, znakomicie przełamał obraz przewrotu pałacowego, aż do zagłady niezbędnej w tworzeniu nowego świata. I tym razem przedstawienie zakończyła długo niemilknąca standing ovation.
Na koniec anegdota. Podczas premiery „Dybuka..." usłyszałam za plecami monolog: „Nie lubię Gombrowicza, bo dotkliwie dłubie szydełkiem w naszych duszach, wyciągając narodowe wady. Wolę Mrożka, bo choć robi to samo, przynajmniej można się pośmiać..." To dlatego uważam, że Gombrowicz z sukcesem wędruje po świecie, by wciąż na nowo poruszać widzów.

* * *

Młodości nie zatrzymasz, przed starością nie umkniesz

Tradycją stało się, że każdy Międzynarodowy Festiwal Gombrowiczowski otwiera premiera przygotowana przez radomską scenę. Tym razem Waldemar Śmigasiewicz wyreżyserował „Przenikanie" (kilka lat temu widzieliśmy autorską inscenizację „Kosmosu"). Teraz W. Śmigasiewicz oparł scenariusz na opowiadaniu B. Schulza „Emeryt" oraz fragmentach „Ferdydurke".

Pamiętam, jak Wojciech Kępczyński, pomysłodawca festiwalu, marzył o czasach, w których zabraknie nowych inscenizacji Gombrowicza i wówczas twórczość pisarza będzie można połączyć z tekstami Schulza oraz Mrożka. Precyzyjna realizacja Śmigasiewicza pokazała, że to niezły pomysł. Gombrowicz od młodości uciekał, Schulz chciał w wieku dojrzałym zgłębić motywacje dziecka. Obaj dochodzą do wniosku, że ucieczka przed samym sobą jest niemożliwa, więc postacie emeryta i Józia muszą się przenikać, uzupełniać, dopełniać.
Jury nagrodziło Włodzimierza Mancewicza za rolę czasem smętnego, czasem zabawnego starszego pana. Warto podkreślić, że większość tekstu była mówiona z off-u, więc od warsztatowych umiejętności aktora zależało trafne uzupełnienie tekstu, ruchem, gestem, mimiką. Na nagrodę za debiut sceniczny zasłużył zdaniem jurorów również kilkunastoletni Andrzej Surowiec (jeden z trzech chłopców). Moim zdaniem na uwagę zasługuje też rola Jarosława Rabendy - profesora Pimko oraz wszystkie sceny zbiorowe z „Ferdydurke". Na czele z tradycyjnym pojedynkiem na miny, granym tym razem w teatrze cieni (piękny fragment spektaklu). Młodzież aktorska także nie dała plamy, choć tremę nie każdy potrafił utrzymać w ryzach. Nic dziwnego, że także tutaj publiczność podbudowana wrażeniami poderwała się do stojącej owacji. Możemy się tylko cieszyć z tak udanej inauguracji XI Międzynarodowego Festiwalu Gombrowiczowskiego.

 

Krystyna Kasińska
materiał nadesłany


Teatr Powszechny im. Jana Kochanowskiego w Radomiu.
XI Międzynarodowy Festiwal Gombrowiczowski w Radomiu, 18-25.10. 2014 r.