Gorzkie żale panien w bieli

15.05.2014

 

 

,,Siedem lekcji dla zmarłych" to pierwszy spektakl Wiśniewskiego zrealizowany po jego odejściu z Teatru Nowego. Ostatnim przedstawieniem reżysera zrobionym w Poznaniu była ,,Bestia" - adaptacja von Kleista ze znakomitym Mirosławem Kropielnickim w roli Sędziego. Radomskie przedstawienie odwołuje się w poetyce do ,,Nowego końca Europy", także jeśli chodzi o motywy muzyczne. W ,,Siedmiu..." powtarzają się bowiem znane melodie z wcześniejszych przedstawień Wiśniewskiego.

Spektakl zostaje rozpisany na kilkanaście głosów. Widowisko przypomina żywą partyturę. Korowód panien młodych i pielęgniarek /pań Hals/ opowiada historie zaczerpnięte z klasycznych dzieł. Lejtmotywem ,,Siedmiu..." staje się temat śmierci. A ściślej rzecz ujmując, tego co z niej wynika dla jeszcze żyjących. Świadomość upływu czasu zostaje podkreślona poprzez bezpośredni zwrot do przemijających sekund, minut, godzin. Nieprzypadkowo pieśń grona kobiet poświęcona czasowi przypomina formę modlitwy. Wobec przemijania wszystko jest anonimowe i pozbawione trwałej tożsamości, nawet miejsce, w którym się znajdują.

Panny młode cierpią po stracie swoich ukochanych. Każda z nich słowami wierszy Anny Achmatowej (m.in. ,,I nawet nikt nie wyszedł", ,,Wszystko odjęte") wyraża swój żal i depresję. Ale czym jest śmierć u Wiśniewskiego? Etapem pewnej drogi. Wszystko u niego - jak to bywa - pędzi w szalonym korowodzie. Kobiety idą przed siebie zgarbione, a przewodzi im Okrutny Maj (świetnie czujący konwencję Adam Majewski). Weselny strój pokazuje kontrast między oczekiwaną radością, a koleją losu. Maj mówi m.in. wersetami z ,,Nas siedmioro" Wordswortha, utworu opowiadającego o umieraniu kolejnych dzieci z rodzeństwa. Tak samo umierają kolejne panny młode - czy to z tęsknoty, czy z boleści. Popełniają samobójstwo lub pęka im serce. W końcowej scenie życzą wszystkim swoim następczyniom ,,szczęścia", choć same go nie zaznały. Potem upadają zbiorowo na ziemię, przerwawszy linię ,,mety"/ sznurek trzymany przez panie Hals/.

Wiśniewski pokazuje człowieka uwięzionego w objęciach Hadesu. Nawet stół nakryty jest obrusem z napisem: ,,Ratuj duszę swoją". Izaak prosi Boga o pobłogosławienie wieczerzy - ale ,,chleb powszedni" okazuje się nieraz trucizną. Chłopak umiera, a nad jego ciałem lamentuje Ktoś taki jak Abraham. Skąd to określenie dla biblijnego bohatera? Wszystko bowiem w ,,Siedmiu..." jest podporządkowane logice przemijania. Może ,,ktoś taki" kiedyś istniał, a może nie... A jednak w tym ponurym świecie o prawo do odczuwania walczy Cień (Marek Braun). Słowami ,,A śmierć utraci swą władzę" Thomasa broni się przed próbami sprowadzenia go do roli trybika w wielkiej maszynie czasu. Sposobem na uciszenie Cienia ma być zastrzyk zaaplikowany przez panie Hals.

Zaskakująco mroczna jest wizja przedstawiona przez Wiśniewskiego, w pewien sposób zbyt jednowymiarowa... Widać spore nierówności w pracy poszczególnych aktorów. Majewski, Braun czy Pawelec doskonale czują poetykę Wiśniewskiego, niestety, nie można tego powiedzieć o Kondracie czy Kuchtyk. Twórca ,,Burzy" ma swój specyficzny język, który czasem trudno aktorom wyczuć i zrozumieć.

Sam reżyser chyba nie do końca wykorzystał wszystkie możliwości tkwiące w radomskim zespole. Podobnie jest z kompozycją spektaklu. Przedstawienie ma kilka przestojów, i to mimo faktu, że trwa zaledwie godzinę. ,,Siedem..." jest solidnym przedstawieniem, ale... chciałoby się czegoś więcej. Być może marudzę, chociaż po widowiskach Wiśniewskiego zawsze mam pewien niedosyt. W tym przypadku - raczej silny głód.

Szymon Spichalski
www.teatrdlawas.pl
15.05.2014