Historia o życiu na niby z wdziękiem, humorem i finezją opowiedziana

19.12.2016
Przedstawienia w radomskim teatrze słyną ze świetnych realizacji, które łączą w sobie niesamowity urok, nietuzinkową pomysłowość twórczą i sporą dawkę humoru. Do tej grupy z pewnością należą "Niby matki, niby córki" w reżyserii Jarosława Fedoryszyna, czyli polska prapremiera tekstu ukraińskiego dramaturga Aleksandra Mardania.

Spektakl to bardzo ciekawy, bo rozpisany na pięcioro aktorów, mimo że w oryginale, jak może się na pierwszy rzut oka wydawać, występują jedynie dwie bohaterki - Wala i Katia, matka i córka. Kobiety są prostytutkami czekającymi na klienta, który zażyczył sobie właśnie matki i córki oraz... domowych pierogów z wiśniami. Chciałby, jak można się domyślić, żeby było swojsko i rodzinnie. Bohaterki tworzą niby-relację, by sprostać życzeniu mężczyzny. Próbują dograć wszelkie szczegóły. W ich role wcielają się Iwona Pieniążek i Paula Godusławska, znakomicie oddające w czasie gry to, co trapi ich postaci.
Po scenie krążą też trzej jegomoście z wąsikiem i we frakach - niesamowicie plastyczni w odgrywaniu ról Przemysław Bosek, Mateusz Brodowski i Mateusz Michnikowski. To oni wprowadzają odrobinę szarmancji i zadają szyku. Tanecznym krokiem podają słuchawkę telefonu, wykonują pełne uroku układy i tworzą ciekawe konstelacje ciał. Oni też ożywiają swoją obecnością dialogi głównych bohaterek. Wchodzą w rolę lokajów, organizują przestrzeń, stają się nawet jednym niby-trupem w trzech osobach albo ucieleśnieniem wyrzutów sumienia. Zadań mają od groma. I co najistotniejsze, dorzucają do inscenizacji sporą dawkę dobrego humoru.
Akcja rozgrywa się w bardzo skromnej scenografii, dziele Ally Fedoryszyn. Na środku sceny znajduje się czarny kwadrat, odbijający wszystko niczym lustro, na nim umieszczono coś, co przypomina krąg studzienny, pełniący raz funkcję wanny, raz zestawu wypoczynkowego. Obok tego stoi łóżko oraz niewielkie rusztowanie i leży mnóstwo czerwonych poduszek. Jest prosto, niemalże sterylnie. Widz musi wykorzystać swoją fantazję, by zbudować w wyobraźni pokój, którego prawie nie ma.
Ze skromnymi dekoracjami kontrastują efektowne stroje aktorów. Czerwone, błyszczące kostiumy aktorek pięknie komponują się z długimi, białymi, futrzanymi płaszczami i wprowadzają nastrój domu schadzek. Trzej ekscentryczni panowie snujący się po scenie w podkoszulkach, frakach i tenisówkach stwarzają natomiast klimat lat 20. i 30. XX wieku, przypominając w swojej mimice i ruchach samego Charliego Chaplina. Całość spektaklu dopełnia niesamowita muzyka, wspaniałe nastrojowe melodie oraz światło współgrające często z emocjami aktorek.
Niby matki, niby córki to na pierwszy rzut oka prosta farsa, ale zagłębiając się w spektakl i jego poszczególne sekwencje, widz dotrze do smutnego dna, wzruszy się trudną sytuacją Katarzyny i Walentyny, zastanowi się nad kondycją świata zarówno w skali globalnej, jak i jednostkowych dramatów oraz przeżyć. Być możne dozna katharsis, gdy pomyśli, że on sam, podobnie jak dwie kobiety, może wpaść w podobne sidła poplątanej egzystencji.
Przedstawienie skłania do refleksji nad słowami, które padają na scenie, że życie to wielki bazar. Było już ludzkie życie porównywane do balu i do teatru, było nazywane snem, absurdem, dramatem, formą istnienia białka. Jest i bazarem, gdzie wszystko można kupić, wymienić, znaleźć. Gdzie samemu można się zgubić wśród straganów. Przecież obie bohaterki są pogubione w swoich pogmatwanych losach, być może podobnie jak niektórzy z widzów.
W przedstawieniu widać doskonale, że nasze życie to plątanina radości i smutków, przyjemności i problemów, sumą przypadków, raz komicznych, innym razem tragicznych. Najważniejsze jednak jest to, by sobie ze wszystkim poradzić, wszelkie brudy zmyć źródlaną wodą, jak to zrobiły bohaterki, i żyć po prostu dalej.

Michał Kański, Teatralia Radom
Internetowy Magazyn „Teatralia", numer 186/2016