Jak bardzo samotność nas dotyka

29.02.2012

 

"Samotni ludzie z samotnych miast, w samotnej muszli świat..." - tak śpiewał Stanisław Staszewski w Kulcie. I taki właśnie jest tytułowy Kontrabasista, trzydziestopięcioletni mężczyzna z wielkiego miasta, żyjący sam, którego jedynym towarzyszem jest znienawidzony przez niego kontrabas, w wyciszonym, wygłuszonym, odciętym od świata zewnętrznego, mieszkaniu.

Samotność to choroba współczesnej ludzkości, tym dotkliwsza, że bez własnej pracy, nieuleczalna. Kontrabasista opowiada o swoim życiu nieznanemu mężczyźnie, a właściwie każdemu z widzów, bo w atmosferze dusznego pokoju zdaje się, że każdy z nas jest sam na sam z Kontrabasistą i instrumentem. Nie jest to jednak wizyta u psychologa, ale wysłuchanie muzyka, który opowiada nam bez skrępowania o swoim życiu, nie oczekując jednak żadnych konkretnych wskazówek, jak żyć.

Cała zręczność tego opowiadania polega na tym, że muzyk prześlizguje się zgrabnie z zachwytu i podnoszenia walorów swojego miejsca i miejsca kontrabasu w orkiestrze, podkreślenia swojej i instrumentu doniosłej roli, jako tła orkiestry, wskazywania, jak jest to niezastąpiony instrument, aż do narzekania na rujnujący życie i ograniczający możliwości wpływ kontrabasu, determinujący wszystkie działania mężczyzny.

Tytułowy kontrabasista jest osobą, która posiada rozległą wiedzę muzyczną, dlatego konieczność grania w ostatnim rzędzie orkiestry przy trzecim pulpicie, gdzie nikt nie docenia i nie oklaskuje jego talentu, ograniczonego zresztą przez instrument, na którym gra, staje się nie do zniesienia.

Monolog bohatera jest gorzki, ironiczny, jest on w stanie dostrzec swoje minusy i swoje wady, wyśmiewa je, ale też za odpowiedzialnością za ich istnienie obarcza niewdzięczny instrument. Obarcza go jednak przede wszystkim winą za samotność, za to, że nie jest w stanie nawiązać z nikim normalnej relacji, bo instrument wypełnia nie tylko jego mieszkanie, ale także całe jego życie. Nasz bohater jest odcięty od świata poprzez wyciszone ściany, dźwiękoszczelne okna. Tworzy wokół siebie barierę nie do przebicia.

Od 1985 roku w rolę kontrabasisty wcielał się Jerzy Stuhr i była to jedna z jego największych i najlepszych kreacji. Muzyk był z aktorem utożsamiany. Przedstawienie święciło triumfy za granicą: we Włoszech, Austrii, Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych.

Rola Michała Górskiego nie jest aż tak porywająca, jednak jest to kawałek dobrego aktorskiego warsztatu. Aktor daje roli kawałek siebie, podkreśla uniwersalizm przesłania tekstu. Dla widzów pozostaje wiarygodny. W każdej chwili wyciągamy jakąś prawdę nie tylko o muzyku, który się do nas zwraca, ale co ważne, o sobie. Śmiejemy się, ale rozumiemy też bezradność tego człowieka w zetknięciu z samotnością, z którą trudno jest mu żyć i na którą nie chce przystać, jednakże nie robi nic, by jej zapobiec, czy walczyć o to, żeby zacząć żyć inaczej, przewartościować swoje życie. Zrzuca winę na instrument, ale ostatecznie nie ma na tyle determinacji, aby zrobić cokolwiek, żeby ten stan zmienić. Muzyk jest zachowawczy. Żyje w stagnacji. Owszem odgraża się, jak powinna się zachowywać Sara - sopranistka, w której jest beznadziejnie zakochany - jednak jego słowa nie mają przełożenia na realny świat. Brzmią prawdopodobnie jedynie w sferze buforowej jego wyciszonego mieszkania.

Co można jeszcze napisać o realizacji tego spektaklu w radomskim Teatrze Powszechnym w reżyserii Zbigniewa Rybki? Może to, że monodram ma formę intymnej rozmowy z widzem i że będziemy się na nim śmiać i płakać razem z kontrabasistą, nie tyle z niego, co zapewne z nas samych.

Scenografia spektaklu jest minimalistyczna, ale też przy wystawianym tekście nie potrzebna jest w tej materii przesada. Przede wszystkim mamy tu głównego oskarżonego: kontrabas, który zajmuje większą część sceny, zdaje się celem unaocznienia widzowi ogromu i przytłaczającej mocy tego instrumentu, który rzeczywiście robi wrażenie i tym bardziej uprawdopodabnia dramat naszego bohatera.

Kreacja Michała Górskiego, na której skupiony jest cały ciężar spektaklu, jest nam współczesna. Empatia względem jego bohatera jest widoczna na widowni. Porusza nas, bo odnosi się do nas samych. Spektakl można też potraktować jako formę zbiorowej terapii bez obnażania naszych trosk i dylematów, ale z subtelnym zarysowaniem problemu, z którym musimy poradzić sobie sami.

Olga Paulina Zielińska
Dziennik Teatralny Radom
29 lutego 2012

 

fot. M. Strudziński