Jakie związki?

19.10.2015

 

Tytuł "Niebezpieczne związki" z jednej strony ściśle kojarzy się z francuską powieścią, z drugiej - przywołuje raczej jednoznaczne życiowe skojarzenia. Michał Siegoczyński zaprezentował na radomskiej scenie nowoczesny spektakl, trzymając się literackiej fabuły Pierre'a Choderlosa de Laclos. Reżyser przełamuje tradycyjną formę literatury i teatru, dodając elementy sztuki filmowej. Rodzi się jednak pytanie czy ta współczesna koncepcja wizualna wynika z chęci wprowadzenia innowacji na deski teatru, czy raczej jest działaniem pod wpływem doznań filmowych.

Spektakl od początku narzuca „luźny" sposób odbioru. W szczególności objawia się to w grze aktorów, którzy w niczym nie przypominają XVII-wiecznych wzorców osobowościowych. Aktualny może się wydawać, chociaż też w zmienionej formie, system działań ludzkich podporządkowany uleganiu pierwotnym instynktom. W zgodzie z oryginałem pozostaje kreacja głównej, najsilniejszej kobiecej postaci, od której w zasadzie zależy ciąg zdarzeń, uruchamiany przez kolejnych uzależnionych od niej bohaterów.

Przedstawienie niebezpiecznych związków wpisuje się w kadr filmowy. Widz ma wrażenie uczestniczenia w podwójnym obrazie skomplikowanych losów ludzi z branży filmów erotycznych. Mamy więc do czynienia z zabiegiem „kadru w kadrze", powstającym na oczach widzów. Operatorem kamery okazuje się bowiem jeden z uczestników spektaklu, którego rola ogranicza się właściwie do nagrywania krótkich scen, prezentowanych jednocześnie na dużym ekranie.

Na uwagę zasługuje oprawa muzyczna przedstawienia, podkreślająca atmosferę poddania się bohaterów autodestrukcyjnym wrażeniom. Również wykonanie wokalne jednej z młodszych postaci kobiecych dorównuje Adele, co potęguje poczucie życiowej porażki i to nie tyle z punktu widzenia samej zainteresowanej, ile widza.

Skoncentrowanie uwagi publiczności na sposobie funkcjonowania hermetycznie zamkniętego świata filmów, na których bohaterowie pozornie budują swoje szczęście, niemal całkowicie odbiera możliwość doznania głębokich emocji czy rejestrowania ważniejszych egzystencjalnych spostrzeżeń. Być może jest to sposób reżysera na podkreślenie braku jakichkolwiek wartości w świecie dzisiejszego show-biznesu.

Michał Siegoczyński stworzył spektakl niebywały, bo niewątpliwie zainspirowany powieścią francuskiego pisarza, ale tworzący jednocześnie własną formę, która może samodzielnie funkcjonować, nawet bez konieczności uruchamiania literackich kontekstów. Co więcej, jeżeli pokusić się o analogie filmowe, albo znowu doszukujemy się podobieństw w obrazach, albo swobodnie możemy traktować przedstawienie w kategoriach odrębnej wizji grupy młodych artystów.

 

Diana Tomaszewska
Teatralia Radom
Internetowy Magazyn Teatralny
numer 147/2015