Każdy ma w sobie mrok...

16.03.2009

"Z życia glist" to najsłynniejsza sztuka Per Olova Enquista i najnowsza premiera radomskiego Teatru Powszechnego. Andersena gra BŁAŻEJ WÓJCIK, który opowiada, dlaczego przeniósł się do Warszawy i nie występuje w serialach.

Jesteś od półtora roku w Warszawie. Wcześniej przez 15 lat żyłeś i pracowałeś w Krakowie. Zagrałeś tam ponad 40 ról - w Łaźni, Ludowym, na stałe pracowałeś w Teatrze Słowackiego. Jest jakaś różnica między tymi miastami?

Błażej Wójcik: W Warszawie jest mnóstwo przedsięwzięć artystycznych - powstało mnóstwo teatrów offowych, prywatnych; zresztą teatrów instytucjonalnych też jest więcej. Tymczasem Kraków zaczął wydawać mi się bardzo zamknięty. Miałem wrażenie oporu przed nowością, otwartością wobec zmian czy ludzi... Mam nadzieję, że niebawem to miasto, mówiąc brzydko, się "przewietrzy". Mieszkając w Krakowie, miałem wręcz poczucie, że muszę się ruszyć, żeby nie skostnieć. Po to, by za kilka lat nie mieć poczucia, że walę głową w mur, bo już dalej nie pójdę...

Mam poczucie, że aktor z twoim dorobkiem, z tyloma nagrodami i głównymi rolami, funkcjonujący doskonale w środowisku krakowskim, w Warszawie byłby w zupełnie innym punkcie kariery...

- Warszawa daje dużo więcej możliwości. Ale jest jeszcze jedna kwestia - na początku swojej pracy w teatrze postanowiłem sobie - być może to był błąd - że będę zajmował się wyłącznie teatrem. Świadomie zrezygnowałem z filmów, z telewizji.

To była przemyślana czy raczej młodzieńcza, idealistyczna decyzja?

- Kiedy kończyłem szkołę, jeszcze 15 lat temu w środowisku teatralnym w całej Polsce istniała niechęć wobec seriali czy reklam. Przez te kilkanaście lat sytuacja radykalnie się zmieniła.

A twoje myślenie?

- Nadal przede wszystkim interesuje mnie teatr. To się nie zmieniło. W Warszawie ogromne znaczenie ma zaistnienie aktora w telewizji - to, na ile on jest rozpoznawalny, determinuje często, czy jest obsadzany, czy nie. W Krakowie jest radykalnie odwrotnie. Tam miałem tak dużo pracy na deskach scenicznych - licząc statystycznie, grałem cztery role w roku - nie miałem kiedy grać gdzie indziej.

Na festiwalu Dramaty Narodów dostałeś wyróżnienie za rolę Belzebuba-Ducha w "Dziadach. Gustaw Konrad". Mam wrażenie, że najlepiej czujesz się, grając postacie pełne mroku, skomplikowania, szaleństwa...

- Belzebub był jedną z moich ulubionych postaci. Tak jak był nią Rogożyn, którego grałem w "Idiocie" w reżyserii Barbary Sass. Takie role są rodzajem zgłębiania tego, czego na co dzień w sobie nie możemy dotknąć - samego siebie, ale od strony mroku, zła, szaleństwa, jakie każdy z nas w sobie nosi, choć nie zawsze te cechy w sobie rozumie. Oswajanie mroku działa na mnie oczyszczająco.

Teraz zagrasz równie skomplikowaną rolę - Jana Christiana Andersena - w "Z życia glist" szwedzkiego prozaika, dramaturga Per Olova Enquista. W latach 80. ta sztuka była absolutnym wydarzeniem - a Andersena grali wówczas Zbigniew Zapasiewicz, Jan Nowicki. Napisana w 1981 doczekała się nawet premiery w reżyserii Ingmara Bergmana.

- To kameralna sztuka psychologiczna. Po tych prawie 30 latach od powstania wciąż aktualna. W żaden sposób nie chcemy uwspółcześniać "Z życia glist", bo ten dramat jest nadal żywy, gorący - mimo że akcja dzieje się 150 lat temu w Kopenhadze. Bohaterka sztuki Hanna Heiberg pisze w swoich pamiętnikach o "glistach żyjących w tęsknocie do światła". Zainspirowany tym zdaniem Enquist wymyślił tytuł swojej sztuki.

Kto dziś jest "glistą"?

Hanna opowiada w sztuce o tym, jak będąc małą dziewczynką, bawiła się, wyciągając dżdżownice z ziemi - czyściła je z błota, szlamu... To ma na myśli Enquist. Każdy z nas nosi w sobie mrok, wstydliwe tajemnice, które na tyle mogą blokować, że odbierają radość życia, nie pozwalają przeżywać tego, co nas spotyka w pełni. Nie zawsze mamy komu o tym powiedzieć, nie zawsze potrafimy... Czytałem w jednej z książek Jacka Santorskiego, że w swojej praktyce terapeutycznej nie, raz spotykał się z sytuacją, w której był pierwszym człowiekiem w życiu swojego pacjenta, któremu ten mówił o swoim bolesnym dzieciństwie, o nadużyciach, jakie go spotkały. Dopiero w zamkniętym gabinecie psychologa odważał się być naprawdę sobą.

A w sztuce?

- Podobnie. Głównymi postaciami dramatu są trzy postaci historyczne - znany wszystkim od dziecka Andersen, diwa ówczesnego życia teatralnego, aktorka Hanna Heiberg oraz jej mąż Johan, największy krytyk sztuki w ówczesnej Danii. Tego wieczoru, w którym dzieje się akcja "Z życia glist", Andersen przychodzi z wizytą do Heibergów. Od początku jednak zachowuje się jak słoń w składzie porcelany. Dla tych, którzy znają Andersena wyłącznie jako bajkopisarza, może być zaskoczeniem, jak bardzo skomplikowanym był człowiekiem. Pochodził z nizin społecznych. By stać się rozpoznawanym literatem, musiał zadać sobie ogromny trud. Pisanie bajek traktował zresztą wyłącznie marginalnie - przede wszystkim miał ambicje dramatopisarskie. Całe życie starał się więc zaistnieć w teatrze. Jego zabiegi, by być kimś, nie wynikały jednak z potrzeby pieniądza czy sławy, ale z faktu, że jak spragnione bycia kimś ważnym dziecko, chciał być przez wszystkich kochany, doceniony... Emocjonalnie po prostu gdzieś się zatrzymał i jako duże dziecko, mając już 50 lat, zachowywał się infantylnie, niezgrabnie, często impulsywnie, gwałtownie. Raz wpadał w melancholię, za chwile w entuzjazm. I jak łatwo ulegał skrajnym uczuciom, tak łatwo z nich wychodził.

Jak się to przenosi na sztukę Enquista?

- Kiedy przychodzi do Heibergów, rozsadza ich pozornie spokojny świat. Andersen bowiem może sobie na to pozwolić. Ludzie są przyzwyczajeni, że zachowuje się w towarzystwie niemal niestosownie. Jednak nie Heibergowie - w efekcie więc tego wieczoru wychodzą straszliwe tajemnice z przeszłości Hanny. Tak zresztą jak i samego Andersena. Ani ona, ani on bowiem nie kryją od pewnego momentu koszmaru swojego życia. Cała rozmowa w efekcie doprowadza do swoistego z katharsis. Bo przez to, że mogli oni wreszcie wypowiedzieć na glos to, co mroczne i trudne w ich życiorysach, potrafili wyzwolić się ze swojej przeszłości - uwolnić się od mroku. Jak glisty wychodzące na światło.»

Rozmawiała Róża Trelkowska
"Dziennik" nr 19/23.01.09 dodatek - Kultura

Informacja o cookies
Korzystamy z plików cookies w celach statystycznych i umożliwienia funkcjonowania serwisu.
Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę.
Informacje o możliwości zmiany ustawień cookies »
Zgadzam się, zamknij X