Kiedy zaczyna się rzeczywistość

18.05.2011

 

Poobcinane ludzkie dłonie, ludzie przykuci do kaloryfera, podpalony kanister z benzyną... Nie, bynajmniej nie opowiadam o najnowszym filmie grozy. Wtedy bowiem nie mielibyście Państwo szansy na salwy śmiechu, a to właśnie one powinny się znaleźć na samym początku tej wyliczanki. Wszystko razem, kompletne o ten najważniejszy element, może stanowić reklamową zapowiedź najnowszej sztuki Teatru Powszechnego w Radomiu - polskiej prapremiery "Jednorękiego ze Spokane" Martina McDonagha w reżyserii Katarzyny Deszcz

 

Jak przystało na twórczość McDonagha fabuła sztuki od samego początku nasączona jest groteską i humorem, o którym można powiedzieć co najmniej „specyficzny". Carmichael (Janusz Łagodziński) - tytułowy Jednoręki - od 27 lat żyje w ciągłym pościgu za utraconą w dzieciństwie dłonią. Od czasu, jak banda wyrostków zmusiła go do położenia lewej ręki pod przejeżdżający pociąg, wędruje od jednego człowieka do drugiego, wciąż mając nadzieję, że odnajdzie zaginiony fragment własnego ciała. W swoich poszukiwaniach trafia w końcu do zapyziałego hotelu przy jednej z amerykańskich autostrad. To tutaj spotka pozostałych bohaterów spektaklu - zdziwaczałego recepcjonistę Mervyna (Marek Braun) oraz parę dilerów marihuany: Toby'ego (Wojciech Wachuda) i jego dziewczynę Marilyn (Karolina Michalik), którzy zaoferowali się - oczywiście za odpowiednią sumę pieniędzy - dostarczyć kalece jego dłoń. Jednak Carmichael, notorycznie oszukiwany przez poprzednich handlarzy „ludzkim materiałem", tym razem także zaczyna węszyć podstęp. A to dla młodej pary oznacza nie lada kłopoty...

Wszyscy bohaterowie tego spektaklu to postaci w jakiś sposób skrzywione, okaleczone nie tyle w sensie fizycznym, co przede wszystkim psychicznym. Prym w tym „gabinecie osobliwości" wiedzie oczywiście Jednoręki. Sfiksowany na punkcie utraconej dłoni i bezwzględny w swoich dążeniach, nie zawaha się przed niczym, byleby tylko odzyskać „zgubę". Mimo zamierzonej karykaturalności, postać Jednorękiego poprzez swoje rozbicie, psychiczną i fizyczną defragmentację tchnie głębokim tragizmem. Emocjonalny bagaż, z jakim musi się zmagać ten bohater, został w spektaklu Katarzyny Deszcz zobrazowany przez walizkę pełną odciętych dłoni. Kolejnym indywiduum jest Mervyn, którego życie zawieszone jest pomiędzy dziwaczną fascynacją gibbonami a marzeniami o tym, że w jego hotelu wreszcie coś się wydarzy. Trochę bliżej do „normalności" jest już być może parze dilerów, ale oni także borykają z własnymi problemami i traumami. Toby musi żyć w ciągłym poczuciu inności, ze względu na inny kolor skóry. Marilyn - z ubioru dziewczyna pokroju „lalek Barbie", z przekonań naiwna hippiska - nie ma w pełni ukonstytuowanej tożsamości, niejako sama przechodzi na stronę „inności", związując się z Toby'm i ostentacyjnie broniąc wszelkich mniejszości. Oboje pragną lepszego życia, do którego dostęp mogą im dać przede wszystkim pieniądze, uzyskane w obojętnie jaki sposób.

Chociaż „Jednoręki ze Spokane" niewątpliwie ociera się o cały szereg problemów, jak chociażby kwestie rasizmu, identyfikacji z własnym ciałem czy stereotypów płciowych, to przede wszystkim zdaje się pokazywać tkwiące w każdym człowieku pragnienie życiowego celu, czegoś, co byłoby w stanie nadać sens jego egzystencji. Na tej płaszczyźnie Jednoręki i recepcjonista Mervyn jawią się praktycznie jako dwa przeciwstawne bieguny. Carmichael całe swoje życie podporządkował obsesyjnym poszukiwaniom. W tej irracjonalnej wędrówce nie tylko los innych przestał mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie, ale także jego własne życie zostało zawężone do pogoni za wymuszonym fantazmatem. Przeciwnie Mervyn - ten żyje w całkowitej stagnacji, chorobliwym odrętwieniu, z którego sam nie potrafi znaleźć wyjścia. Wciąż czeka aż coś się wydarzy. I niech by to było cokolwiek, byleby tylko przerwało monotonię, pozwoliło odmienić los i dało szansę, by z niezbyt rozgarniętego recepcjonisty przekształcić się w super-bohatera. W przypadku tej postaci potrzeba zaistnienia „życiowej treści" jest tak wielka, że zaczyna się w nim wytwarzać specyficzne pragnienie zagłady. Dlatego wbrew wszelkim objawom zdrowego rozsądku Mervyn nie stara się trzymać jak najdalej od Jednorękiego, lecz lgnie do niego z dziecinną wprost fascynacją.

Niewątpliwie największymi atutami „Jednorękiego..." są błyskotliwe dialogi i oczywiście niepowtarzalny humor, jaki cechuje McDonagha. Nie dziwi więc fakt, że inscenizacja Teatru Powszechnego w Radomiu jest w znacznej mierze spektaklem aktorskim. Tak specyficzna sztuka jaką jest „Jednoręki ze Spokane" niewątpliwie wymaga dostosowania się aktorów do jej szczególnej konwencji i wyczucia reakcji publiczności, która także ową konwencję powinna zaakceptować. W przypadku inscenizacji Katarzyny Deszcz w zasadzie się to udaje i zarówno publiczność jak i aktorzy niemal od pierwszych chwil przedstawienia nadają i odbierają na podobnych falach. Dlatego spektakl wymaga sprawnego warsztatowo aktorstwa i jak to w komediach bywa nie znosi fałszu ani scenicznej nieszczerości. Reżyserka dokonała trafnego wyboru obsady, narzuciła spore, konieczne przy takim charakterze sztuki, tempo, ale przede wszystkim jednak pilnowała dyscypliny i konsekwentnej realizacji klimatu absurdu.

Na scenie nieomal zachwyca Janusz Łagodziński, który w swojej roli potrafił zawrzeć jednocześnie zimny spokój i szaleństwo, melancholię i gniew, a nawet jak w mistrzowskiej scenie rozmowy z matką - czułość i furię. Bardzo interesująco partneruje mu Wojciech Wachuda jako Toby, który także nie gubi nigdzie po drodze tego, co u McDonagha najistotniejsze - owego specyficznego poczucia humoru, w którym brutalność nie tylko nie przeraża, ale wręcz powoduje niezwykłą sympatię do bohaterów.

Katarzynie Deszcz udało się stworzyć spektakl, który jest swoistym koktajlem, gdzie znalazło się miejsce zarówno dla groteski, czarnej komedii, jak i dla wątków sensacyjnych czy dramatu psychologicznego. Co więcej: jest to spektakl, który w sposób świadomy żongluje tymi konwencjami. W związku z tym możemy w „Jednorękim..." zobaczyć typowe klisze gatunkowe, ukazane tym razem w krzywym zwierciadle, przerysowanie doprowadzone do absurdu, które sprawia, że to, co mogłoby się wydawać przerażające, okazuje się przerażająco... śmieszne.

Jednak makabryczne sceny, nasycenie wulgaryzmami i ów humor absurdu sprawiają, że radomski „Jednoręki..." nie jest spektaklem dla każdego. Z pewnością znajdą się osoby, których konwencja i język mogą po prostu razić. Ale jakiekolwiek próby złagodzenia treści w przypadku twórczości McDonagha byłyby po prostu wyjałowieniem i pozbawieniem najważniejszych atrybutów.

Niech więc „Jednoręki ze Spokane" pozostanie taki jaki jest: pikantny, przesadnie wulgarny, z dawką radykalnej głupoty, emanujący przeraźliwą agresją, a jednocześnie śmieszny, bliski i w gruncie rzeczy dość swojski, bo odnajdujemy w nim spory ładunek naszej codzienności. Ta ostatnia refleksja ogarnia nas jednak nieco później, kiedy spektakl się kończy i opuszczamy już widownię. Kiedy trwa - jest wesoło, ale kiedy dobiega końca i zaczyna się rzeczywistość - staje się straszny a nawet przerażający. I myślę, że właśnie to jest istotą sukcesu radomskiej inscenizacji.

 

Magdalena Iwańska
Dziennik Teatralny
18 maja 2011