Kto zastąpi tenora?

07.01.2014

 

W sylwestra w Teatrze Powszechnym im. Jana Kochanowskiego premiera spektaklu "Dajcie mi tenora". Tekst sztuki wziął na warsztat Marcin Sławiński, który zapowiada ją jako farsę z wyższej półki
Akcja spektaklu dzieje się w operze w Cleveland. Trwają właśnie ostatnie gorączkowe przygotowania do wielkiej gali, przedstawienia "Otella" z gościnnym udziałem światowej sławy włoskiego tenora. Wszystko zdaje się przebiegać zgodnie z planem, ale do czasu. Kilka godzin przed rozpoczęciem spektaklu okazuje się bowiem, że sławny gość zginął.

 

ROZMOWA Z MARCINEM SŁAWIŃSKIM

Lubi pan operę?

- Tak, ale nie zawsze tak było. Do opery trzeba dojrzeć. W tej chwili jestem jej prawdziwym miłośnikiem. Całkiem niedawno byłem np. na "Ottelu" w Wilnie, a jego motyw przewija się przez całe nasze nowe przedstawienie.


Czyli reżyserowanie sztuki, która dzieje się operze w Cleveland, to czysta przyjemność?

Marcin Sławiński, reżyser: Ten zawód to dla mnie czysta przyjemność. Czasami śmieję się, że siedzę na próbie, oglądam zabawną scenę zagraną przez świetnych aktorów i powinienem zapłacić za bilety, a nie dostawać jeszcze honorarium.


"Dajcie mi tenora" był już wystawiany na scenach całego świata. Czy gdy reżyser bierze się za realizację scenicznego hitu czuje presję czy może spokój, bo zawsze może podejrzeć jak zrobili to inni?

- Stres zawsze jest, bo w teatrze nie ma żadnych gwarancji, recepty na sukces. Z moich doświadczeń wynika jednak, że jeśli bierze się na warsztat dobrą sztukę i jeśli obsada jest odpowiednia, to są duże szanse na sukces. I pozostaje tylko odpukiwać w niemalowane drewno i mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze.


Pan już chyba reżyserował ten spektakl w innym teatrze?

- Tak, robiłem to już w Gliwickim Teatrze Muzycznym. To było zabawne, bo grali wówczas soliści występujący zwykle w operach i operetkach. Drugi raz miało to miejsce w teatrze litewskim, jest to więc teraz moja trzecia próba.


Czy teraz szuka pan innych rozwiązań na scenie?

- W przypadku tego rodzaju farsy jestem wyznawcą poglądu, iż należy słuchać tego, co zaproponował autor. Jeśli reżyser decyduje się zrealizować bardzo dobry tekst, a to właśnie jest bardzo dobry tekst, to warto być ostrożnym, jeśli chodzi o własną radosną twórczość. Co oczywiście nie oznacza, że inwencja aktorów, reżysera nie jest istotna. Pewne ważne założenia, rozwiązania sceniczne powtarzają się, bo są wpisane w tę sztukę, tak jak dekoracja. Ja kiedyś oglądałem "Dajcie mi tenora" z tzw. umowną scenografią i to było nieszczęście, ponieważ ta komedia jest stworzona do realistycznej dekoracji. Nie zamierzam też przenosić akcji w inne realia. Zależy mi na tym, aby widzowie spędzili uroczy wieczór, a nie zastanawiali się, co ten reżyser miał na myśli. To, niestety, obecnie jest plaga w teatrze. Reżyserze biorą się za teksty nie po to, aby je pięknie pokazać, tylko, aby je zdemolować.


Czy będzie wątek kryminalny na scenie?

- Wątek kryminalny to może za dużo powiedziane, na pewno jest to komedio-farsa z wątkiem lirycznym. Czyli farsa, w której będzie wątek romantyczny, co ja bardzo lubię. A do tego dużo muzyki. Jednym słowem mikstura, która pozwoli przyjemnie spędzić czas.


Dużo będzie muzyki?

- Przez całe przedstawienie będzie się pojawiać muzyka operowa. Gwiazda spektaklu to Łukasz Mazurek, który ma piękny tenorowy głos. Dla koneserów opery "Dajcie mi tenora" może być nie lada gratką.

 

Z Marcinem Sławińskim rozmawiała Karolina Stasiak
"Gazeta Wyborcza" - Radom
28.12.2013