Meine Damen und Herren, Mesdames et Messieurs, Ladies and Gentlemen...

17.05.2015

 

...byłem na "Cabarecie". Świetne przedstawienie, znakomity show, odważny spektakl, zaprezentowany z rozmachem, wykorzystujący wiele możliwości, jakie stoją przed współczesnym teatrem. Wyszedłem zadowolony, a "Cabaret" uznaję za jedno z najwybitniejszych osiągnięć radomskiej sceny teatralnej.

 

Wśród rzeszy występujących w przedstawieniu aktorów brylował Łukasz Mazurek, znakomity w roli demonicznego konferansjera, z gracją, pięknym krokiem sunący po scenie, wykonujący czarujące gesty rękami, wspaniale zapowiadający kolejne numery, z genialną fryzurą, nienagannie ubrany w błyszczącą koszulę, frak i lakierki. I to on z pewnością zasłużył na szczególne pochwały i wyjątkowe owacje.

Pochwały należą się też Izabeli Brejtkop i Magdalenie Placek, które swoim śpiewem wyrażały ogrom emocji, a ich popisy wokalne były niezwykle wyraziste, a co najważniejsze cechowała je bardzo dobra dykcja. Dla widzów musicali słyszeć to, co śpiewają artyści i nie wytężać słuchu, by wyłapać każde słowo, a potem je kleić w całość, to błogosławieństwo, to ogromna wygoda, a przede wszystkim komfort posiadania wiedzy o tym, co się akurat dzieje na scenie.

Duże wrażenie na widzach z pewnością zrobiły liczne układy taneczne. Znakomita choreografia, ciekawe, świeże pomysły to mocna strona "Cabaretu". Z przyjemnością się patrzyło na naprawdę genialnie ucharakteryzowane aktorki i genialnie ucharakteryzowanych aktorów, to sunących w tanecznym transie, a to symulujących akty płciowe, a to zamierających w najdziwniejszych konstelacjach, nie tylko damsko-męskich, to znów w kabaretowym drylu pląsających po scenie albo tańczących z manekinami na plecach. Jedyna moja uwaga tyczy się precyzji wykonywania układów, aktorzy koniecznie muszą popracować nad synchronizacją, bo zdarzało się, że ktoś unosił za wcześnie nogę, a ktoś inny opuścił za późno rękę, a to trochę psuło całościowy obraz naprawdę bardzo dobrego spektaklu.

Aktorzy byli ubrani pierwszorzędnie. Kostiumy zostały zaprojektowane i dobrane do poszczególnych scen z ogromną pieczołowitością. Zachwycała oko ich różnorodność, zachwycała pomysłowość twórców, zachwycała dbałość o szczegóły. Ta wielość kostiumów to między innymi habity zakonnic, stroje pensjonarek, suknie, mundury, a wszystko to doprawione pikanterią, ze szczyptą perwersji, bo tu spod habitu wyłania się alabastrowa kobieca noga, tam spod płaszcza widać męską nagą klatę, a od czasu do czasu oczom widzów ukazują się pośladki, raz kobiece, raz męskie. Krótko mówiąc, to bardzo odważne przedstawienie, pełne dwuznaczności, niedomówień, domysłów, spektakl, w którym reżyser i aktorzy puszczają filuternie do widza oko, balansują na granicy przyzwoitości i perwersji. Gdzieś nad tym wszystkim unosił się duch teatru Warlikowskiego i jego odważnych przedsięwzięć scenicznych. Wyczuwało się tu także klimat starych filmów Almodovara z jego przewrotnymi bohaterami i ich perypetiami.

Podobała mi się też z głową zaprojektowana przestrzeń sceniczna, pomysły na jej zagospodarowanie i wykorzystanie. Ogromna powierzchnia, na której aktorzy prezentowali swoje popisowe układy taneczne, orkiestra usadzona z tyłu na antresoli, pomost wychodzący na widownię aż do czwartego rzędu, na który co jakiś czas kierował się zjawiskowy, nieco tajemniczy, a nieco somnambuliczny konferansjer z berlińskiego kabaretu, wykorzystanie obrotówki (tu muszę wspomnieć ciekawy moment, gdy główna bohaterka, grana przez Izabelę Brejtkop, przemierza całą szerokość sceny, krocząc po obracającym się kole, powodując tym samym wrażenie przyspieszonego, podwójnego ruchu) i opadających parawanów służących przede wszystkim do umownej zmiany miejsc - z sali kabaretowej na pensjonat. Właściwie wszystko było tu umowne, mebli i rekwizytów pojawiało się niewiele, a jednocześnie bardzo łatwo można było sobie wyobrazić wnętrza, w których coś się działo.

I tak można by chwalić spektakl bez końca, bo i trio staruszek granych przez Włodzimierza Mancewicza, Wojciecha Ługowskiego i Ryszarda Mroza było niezwykłe (ach, jak one powłóczyły nogami obutymi w kapcie), i historia żydowskiej rodziny opowiedziana przez Jarosława Rabendę, a perfekcyjnie zwizualizowana w konwencji groteski przez Joannę Jędrejek i Przemysława Boska bawiła widzów (prawdziwy cymes!), i młodziutki Jakub Kryształ w roli kryształowego młodzieńca z Ameryki, przerażonego tym, co się dzieje w Niemczech, pięknie oddawał emocje swojego bohatera, i znakomicie grająca orkiestra wkomponowana w przestrzeń sceny (a jakże, przecież w prawdziwym kabarecie zawsze jest muzyka na żywo) była fantastyczna.

Od czasu do czasu pojawiał się niepokojący motyw muzyczny, znak niespokojnych czasów, gdy w rozbawionym, dekadenckim Berlinie do władzy dochodzili narodowi socjaliści. Historia jest bowiem tłem dwóch przedstawionych tu historii miłosnych, historii niestety nieszczęśliwych, miłości niestety niespełnionych, z powodu Hitlera, z powodu jego bojówek w brunatnych koszulach, ze swastykami na opaskach, a przed wszystkim z powodu całego niemieckiego narodu, który jak kukły zaczął tańczyć w rytm wypluwanych przez wodza słów (tak, tak, czasie przemowy groteskowego Hitlera na scenie tańczą manekiny przytwierdzone do pleców aktorów i prawdziwi tancerze z wykrzywionymi twarzami poruszający się jak marionetki) i patrzeć ślepo w przyszłość swojego coraz bardziej brunatnego kraju. Kolosalne i przygnębiające wrażenie robi ostatnia scena, gdy grupka małych dzieci na tle niemieckiego społeczeństwa zbałamuconego przez Hitlera podnosi w jednoznacznym geście prawe ręce. Spektakl bowiem mimo swojego wdzięcznego tytułu jest przede wszystkim przestrogą przed wszelkimi ideologiami, które bardzo łatwo mamią całe społeczności.

A, i jeszcze jedno. Świetne oświetlenie, gra barw, aktorzy sami przełączający światła, czerwienie, indygo, światła migające, stałe, dyskotekowe, jaśniejsze, ciemniejsze, oniryczne. Warto i o tym wspomnieć, bo to jeden z istotnych elementów niezwykle dopracowanego i dokładnie przemyślanego przedsięwzięcia, jakim jest radomski "Cabaret".

Michał Kański
Magazyn Internetowy „Teatralia"
numer 137/2015