Między życiem a śmiercią

02.10.2012

 

Podobno wszystkie wielkie narracje - w mniejszym lub większym stopniu - są opowieścią o śmierci. Obszar zaświatów i kwestia ulotności ludzkiego bytu, jego status ontologiczny od zarania dziejów są nadrzędnym tematem rozważań, tak wielkich filozofów, jak i ludzi "prostego umysłu". Trudno się temu dziwić, nie ma w końcu na tym świecie większej zagadki, niż odwieczna Tajemnica życia i śmierci. Wraz z otwarciem nowego sezonu w Teatrze Powszechnym w Radomiu z czarnym nurtem Styksu postanowił zmierzyć się Janusz Wiśniewski w swoim najnowszym spektaklu "7 lekcji dla zmarłych".

Przedstawić fabułę tego spektaklu byłoby niezwykle trudno. „Lekcje..." nie są bowiem zwartą opowieścią o losach konkretnych bohaterów literackich, lecz raczej liryczną refleksją nad życiem i śmiercią. Słowami największych poetów: Wergiliusza, Homera, Rilkego i wielu innych jeszcze, aktorzy opowiadają o życiowej podróży każdego z nas. Nie jest to jednak wędrówka w przestrzeni... lecz w czasie, mistyczna droga ku zaświatom. W konsekwencji każda pojedyncza „lekcja" okazuje się zamkniętą całością, spójnym obrazem, które razem składają się na wspólny pejzaż krainy umarłych.

„Pośrodku życia w śmierci jesteśmy..."

Któż jednak jest tu żywym, a kto umarłym? Choć mogłoby się wydawać, że odpowiedź jest jak najbardziej oczywista, bo przecież widzów śmierć dotykać nie może, to jest to przekonanie dosyć złudne. W końcu to przede wszystkim dla nas toczą się te lekcje, a jaki jest status uczniów - dobitnie zapowiada sam tytuł. Uczestnicząc w radomskim spektaklu my sami również, na swój sposób, przekraczamy wody Styksu, przenosząc się na druga stronę, uchylamy czarnej zasłony nicości. Choć granica między publicznością a przestrzenią sceny wcale nie jest w „Lekcjach..." łamana w jakiś ostentacyjny sposób, to jednak aktorzy co i rusz wykonują drobne gesty, znaczące spojrzenia, które mimowolnie wywołują pewien wewnętrzny niepokój - Panna Przepowiadająca (interesująca rola Magdaleny Pawelec) wyraźnie opowiada również nasze losy, na ostatniej (pośmiertnej już?) wieczerzy zasiadamy praktycznie po drugiej stronie stołu, a bohaterowie dziwnie często patrzą nam prosto w oczy... Wreszcie same kreacje postaci, które wcale nie są mrocznymi widmami, czymś co mogłoby być zaprzeczeniem ludzkości. Wręcz przeciwnie, to tacy sami ludzie jak my, równie zagubieni, pełni niepewności, samotni i nieszczęśliwi, którzy w tym tajemniczym „miejscu poza" (poza życiem, poza światem i światłem) znaleźli się niby przypadkiem, zupełnie jakby przyszło im pomylić pociąg i wysiąść na złej stacji, jeszcze nie do końca świadomi, ciągle niedowierzający... Wszystko razem sprawia, że w zdwojony sposób zaczynamy odczuwać niestałość i ulotność naszego życia. Nie jest to jednak strach wywołany przerażającymi obrazami, ale lęk w duchu heideggerowskiej Trwogi, gdy całość świata jawi nam się jako pustka i ulotność.

Złowrogi bieg czasu

Lecz spektakl Wiśniewskiego tak naprawdę nie jest tylko i wyłącznie historią o śmierci. Zapewne, gdyby takim był, musiałby pozostawać całkowicie poza ludzkim zainteresowaniem - bo to, co dotyka nas w człowieczej znikomości najbardziej, to wcale nie sam moment bezkresu, lecz akt powolnego zbliżania się do jego granicy. Śmierć sama w sobie zawsze będzie dla nas czymś całkowicie nieprzekraczalnym, odwieczną Tajemnicą, o której owszem, można opowiadać, ale której nigdy nie da się przeniknąć. W ostatecznym rozrachunku najważniejsze wcale nie okazuje się samo nadejście nicości, lecz raczej stopniowe ubywanie życia. Dopiero na tym polu możemy jednocześnie odczuć prawdziwy ciężar egzystencji i jej ulotność.

Dlatego „7 lekcji dla zmarłych" nie zaczyna się od filozoficznego traktatu na temat zaświatów, lecz bolesnego doświadczenia przemijania w wydaniu Haliny Poświatowskiej, która, jak żadna chyba inna poetka, miała świadomość kruchości naszego bytu. Opętana wizją starości i rozkładu, dawała świadectwo własnego (ale także ogólnoludzkiego) strachu przed zatraceniem, zarówno swego ziemskiego kształtu, jak i psychicznej jaźni. W spektaklu Wiśniewskiego treść jej wiersza wypowiada chór kobiet (panien młodych!), co świetnie pasuje do szczególnie mocnie podkreślanego przez poetkę doświadczenia kobiecości. Z jednej strony jest w tej powtarzanej mantrze: „ja minę, ty miniesz, on minie"..., coś z automatycznego prowadzenia gramatycznej odmiany przez osoby (w końcu sama poetka opatrzyła swój utwór tytułem „Koniugacja"), z drugiej Wiśniewski w interesujący sposób wprowadził tu tony sakralne - grupa młodych dziewcząt niczym refren powtarza gorzką prawdę o przemijaniu, pod dyktando przewodniczki chóru, w której głosie odnajdziemy zarówno echa chrześcijańskiego psalmu, jak i antycznej pieśni koryfeusza.

Ale chociaż radomskie przedstawienie zdaje się w pewien wyjątkowy sposób dotykać sfery kobiecości (o czym więcej jeszcze za chwilę), nie znaczy to, że w ogólnym rozrachunku traci on na uniwersalizmie swego przekazu. Przeciwnie, w trybach życiowego zegara znajdzie się miejsce dla każdego. Stąd każda z poszczególnych lekcji zostaje przedzielona pochodem aktorów, gdy w groteskowych ruchach krążą oni po scenie - niczym bezwolne wskazówki, wiedzieni ni to przez diabła, ni to śmierć, we współczesnym dance macabre...

Wciąż o Odysach głoszą...

Sam reżyser zapowiadając swoją sztukę wyznawał, że jest ona - również dla niego samego - okazją do opowiedzenia o „powrocie do Itaki". Oczywiście ojczyzna Odyseusza jest tu symbolem pewnej mistycznej podróży wszystkich ludzi do kresu ziemskiego życia, którą każdy z nas podejmuje - według wielu - już w chwili narodzin. Nie znaczy to jednak, że Wiśniewski całkowicie zerwał z horacjańskim pierwowzorem, wykorzystując go jedynie na płaszczyźnie metaforycznej. Odyseusz został również bezpośrednio wprowadzony w obręb sztuki, zarówno za sprawą szeregu odwołań, jaki i aktorskiej kreacji (w tej roli Piotr Kondrat). Lecz wbrew pozorom - i co wydaje się niezwykle istotne dla całości spektaklu - „7 lekcji dla zmarłych" wcale nie jest nowoczesną adaptacją losów dzielnego Greka. Wręcz przeciwnie - jak przystało na historię o cieniach, pierwsze skrzypce zdaje się grać tutaj ktoś zupełnie inny, właśnie „cień" Odyseusza - jego wierna żona Penelopa.

Ernest Bryll w swoim wierszu (nie sposób jest chyba pisać recenzji takiego spektaklu bez mimowolnego otwierania się na poezję) pisał: „Wciąż o Ikarach głoszą - choć doleciał Dedal"... W kontekście radomskiego spektaklu można by śmiało sparafrazować te słowa i powiedzieć: „Wciąż o Odysach głoszą, choć czekała Penelopa". I oczywiście nie chodzi tu bynajmniej o pochwałę bierności, w kontrze dla utworu bryllowskiego, lecz o skierowanie wzroku w inną stronę, do tej pory spowitą mrokiem milczenia (lecz przecież również śmierci, bo te zazwyczaj idą ze sobą w parze). Penelopa w ujęciu Wiśniewskiego staje się symbolem ogólnego losu kobiet, które w „7 lekcjach dla zmarłych" są szczególnie mocno skazane na zmaganie z pustką i samotnością. Choć mężczyźni również zostali tutaj naznaczeni pierwiastkiem mortulnym, to jednak jest on o wiele silniejszy właśnie w przypadku płci pięknej". I to właśnie ona zdaje się grać w tym przedstawieniu pierwsze skrzypce, co sprawia, że radomski spektakl - obok opowieści o śmierci - staje się również przejmującą historią o kobietach.

Koncert na ciało i śmierć

Na opowiadanie o muzyce (a nawet poświęcenie jej całego akapitu) w kontekście „7 lekcji dla zmarłych" pozwala przynajmniej kilka argumentów. Po pierwsze niech będzie to podkreślenie znakomitej aranżacji muzycznej w wykonaniu Jerzego Satanowskiego, która w dużej mierze buduje całościowy nastrój panujący na scenie. Dobierając muzykę do spektaklu tak przesyconego poezją i śmiercią, łatwo jest popaść z jednej strony w nadmierny liryzm, z drugiej w banał marszy żałobnych. Tymczasem Satanowskiemu udało się uniknąć obu tych pułapek, dzięki czemu powstała muzyka nowoczesna, bardzo intrygująca i niepokojąca swymi tonami.
Po drugie, do metafory muzycznej odwołuje się sam reżyser, mówiąc o swojej inscenizacji: „To jest temat, który we własnej instrumentacji gramy - jak to robią jazzmani - swoimi nutami". I choć samego jazzu być może nie ma w „Lekcjach..." zbyt wiele, to z pewnością jest jeden czynnik, który dla tego nurtu jest wyjątkowo ważny i jaki jednocześnie stanowi podstawowy „instrument" dla aktorów radomskiego spektaklu. Chodzi tu oczywiście o ciało, które okazuje się praktycznie równoprawnym medium wraz z poezją słowa. Wyjątkowy marsz aktorów, którzy wiedzieni po obręczy sceny jakąś nadludzką siłą, kroczą w bardzo charakterystycznym, mechanicznym geście, zupełnie jak kukły sterowane ręką lalkarza-Demiurga, przejmująca scena tańca (i aktu płciowego jednocześnie) w wykonaniu jednej z Panien Młodych i Okrutnego Maja (w tej roli świetny Adam Majewski) czy wreszcie scena końcowa, gdy każda z dziewcząt obiega scenę, by wreszcie przerwać nici Parek i paść na ziemię... - wszystko to razem, dopracowane przez cały zespół pod okiem choreografa Emila Wesołowskiego, sprawia, że „Lekcje..." okazują się spektaklem bardzo plastycznym. Nie jest to jedynie deklamacja pięknych wierszy, lecz również poetycki obraz i gest.
Po trzecie wreszcie - muzyka sama w sobie zdaje się bardzo silna związana podstawowymi żywiołami, które rządzą tym spektaklem: śmiercią, poezją, czasem... I chociaż „7 lekcji dla zmarłych" z pewnością nie przynosi kojących dźwięków orfeuszowej harfy, a raczej budzi wewnętrzny dysonans, rządzi się tonami ciężkimi (dla wielu może nawet zbyt minorowymi, aż nazbyt na jednym tonie granymi, gdy mrok tylko ciemnieje coraz bardziej), to jest w tych dźwiękach jakaś melancholijna słodycz cierpienia...

Magdalena Iwańska
Dziennik Teatralny
02 października 2012