Miłość sterroryzowana przez massmedia

25.03.2009

HIT: „2084" reż. i scen. Michał SiegoczyńskiTeatr Powszechny w Radomiu i Teatr Na Woli w Warszawie

Wiadomo, że długo nie pociągną. Co do zasady rządzącej miłością zgadzają się ostatnio nawet marksiści z lefebrystami - maks to trzy lata. Pierwszy rok: namiętność, wzloty, rzęsy drgające w rytmie płomienia świecy. Drugi - czułość. Trzeci...

Ola (Aleksandra Bednarz) i Krzyś (Krzysztof Prałat) nie chcą czekać na chwilę, gdy ich rozmowy zmienią się w przepychanki: „Ty zawsze... Ja nigdy...". Wyznaczają granicę - styczeń 2084. Tyle. Potem się rozstajemy. Żeby wszystko zamrozić, zatrzymać jak na fotografii, przyszpilić jak motyla - w najpiękniejszych kolorach. Michał Siegoczyński z totalitarnego świata Orwellowskiego „Roku 1984" wydobywa to, co najbardziej przerażające: „To nie my, to nasze uczucia są skazane". Nie przez system, nie przez Wielkiego Brata, ale przez wmontowany w nie mechanizm autodestrukcji. Para opowiada swoją historię - spokojnie, z dystansem, z pikantnymi szczegółami, jak goście teleturnieju. Zimno i prosto. Aż dreszcz przechodzi na myśl, że ktoś tak precyzyjnie mógłby rozbierać nasze „jedyne, wyjątkowe, niezrozumiałe dla zwykłych śmiertelników" relacje. W walce Oli i Krzysia jest desperacja tych, którzy już wiedzą: rozpadamy się i żadne „chwilo, trwaj" nie pomoże. Gdy tańczą w rytm kolejnych sentymentalnych piosenek, w powietrzu czuć gęstniejącą uwagę widzów, z których ta przerwa w akcji, ta teatralna pustka wysysa nagle ich własne wspomnienia, bóle, obawy.

Spektakl ciągnie się jakby za długo, nie może się skończyć, po każdym wygaszeniu świateł próbuje potoczyć się jeszcze parę kwestii i scen dalej. Za długi? Zbyt sentymentalny? Naiwny? O miłości.

Joanna Derkaczew poleca i odradza"Gazeta Wyborcza" - Wysokie obcasy14.03.2009

 

 

Teatr na chilloucie

Lubię leniwe tempo, niespieszny rytm, lekkość i intensywność spektakli Michała Siegoczyńskiego. Lubię klimat "2084", ale nie mogę wybaczyć reżyserowi, że postanowił zostać także autorem. (...)Po "Taśmie", "Hollyday" i "Ellingu" wiem już, że Michał Siegoczyński ma własny reżyserski styl. Wydaje się, że młody artysta tworzy swe spektakle z niczego. Z pustki, zatrzymanych gestów, przerwanych w połowie zdań. Z sytuacji kiedy powietrze nabiera ciężaru, bowiem wypełnia je tęsknota, chęć bycia z kimś najbliżej jak się da, pożądanie. Gdy erotyka staje się sposobem budowania więzi albo drogą zapomnienia. Po "Hollyday" w warszawskim Studio napisałem, że Siegoczyński robi teatr prawdziwie pokoleniowy. Wie dokładnie, do kogo adresować swe przedstawienia. I nic dziwnego, że nie jest odrzucany. Autorską wariację Siegoczyńskiego na temat "Śniadania u Tiffany'ego" grano w ogromnej jak na tego twórcę przestrzeni.Zrealizowany w radomskim Teatrze Powszechnym w koprodukcji ze stołecznym Teatrem Na Woli spektakl "2084" jest powrotem do skrajnej scenicznej intymności. Jest dwoje ludzi - Ona i On. Noszą imiona grających ich aktorów - Aleksandry Bednarz i Krzysztofa Prałata. Najpierw siadają na ustawionych na proscenium krzesłach i zaczynają swoją opowieść. Mówią o początku znajomości, narodzinach wzajemnej fascynacji, pierwszej randce, pierwszym seksie. Niezobowiązująco, a jednak ze świadomością widzów. Jakby znaleźli się w telewizyjnej hali nagrań podglądani przez złaknioną pikantnych szczegółów publiczność. Potem zaczynają się sobą bawić, podgrywać poszczególne scenki. Po chwili zaś niepostrzeżenie dochodzą donikąd. Koniec związku, koniec miłości, absolutna pustka. Chillout w teatrze, chillout życia. "2084" wciąga i odrzuca jednocześnie. Z rosnącym podziwem patrzyłem na aktorów, ich budowaną na scenie relację, rodzaj wzajemnego przyciągania, szczerego chyba kontaktu. Krzysztof Prałat ma w sobie kanciastość chłopaka, który wpierw pragnie zdobyć dziewczynę, a potem nieświadomie, a może i świadomie ją rani. Aleksandra Bednarz ma w sobie czułość, naturalność i nieokrzesanie. Bywa bezradna i silna, świadomie wykorzystująca swą urodę, a za chwilę całkowicie o niej zapomina. Ma coś rzadkiego u scenicznych debiutantek - wyczucie ciała i odwagę. W polskim teatrze pojawił się ktoś, od kogo trudno oderwać wzrok. (...)

"Teatr na chilloucie"Jacek WakarDziennik nr 49 - Kultura27.02.2009

 

Trucizna W "2084" miłość też będzie niszczyć. "Fragmenty dyskursu miłosnego" Rolanda Barthes'a to, jak powiadają, tekst kultowy. Nie dziwota: to przecież pół esej, pół liryka, połączenie akademickiego wywodu z emocjonalną konfesją, czyli wszystko to, co u mądrych tego świata kocha się najbardziej. Co nie oznacza wszakże, że owego szkicu można użyć, do czego się chce. Na przykład do dosłownej inscenizacji, takiej jak w warszawskim Dramatycznym, gdzie czwórka aktorów pomiędzy skandowanymi akapitami tekstu ćwiczy gimnastykę, tapla się w wannie tudzież rozbiera (nieciekawie) do naga, zakrzykując bezsilność sceny wobec dyskursu.W radomsko-warszawskim "2084" szkic Barthes'a jest na swoim miejscu - jako pomocniczy cytat w programie. Towarzyszy skromnej, przemyślanej opowieści o autodestrukcyjnym potencjale miłości. O dwojgu idealnie przeciętnych młodych; Aleksandra Bednarz i Krzysztof Prałat z samozaparciem ukazują ich potoczną kanciastość, zyskując empatię widowni. Ale ci tak nam podobni zakochani od pierwszych chwil zdają się zainfekowani wirusem entropii: ich miłość jest podejrzliwa, kompleksiarska, samolubna, coraz mocniej agresywna, coraz gwałtowniej raniąca, osiągająca w apogeum stan nieomal niekontrolowanego sadyzmu. O czym Michał Siegoczynski opowiada w ciepłych, odrealniających światłach i łagodnych tonach muzyki, czule - ale bez cienia litości! Bezsensowne jest tylko odwołanie do Orwella w tytule. O twórczo-niszczącej mocy tego, co najważniejsze w życiu, mówi się tu wystarczająco dobitnie i klasyka tu po nic.

"Trucizna"Jacek SieradzkiPrzekrój nr 1119.03.2009

 

Miłość sterroryzowana przez massmedia

W autorskim spektaklu Michała Siegoczyńskiego „2084" nie istnieje intymność, ale pozostały emocje. Na scenie obserwujemy opowieść o końcu miłości, w którą, zgodnie ze współczesnymi trendami, wkalkulowane są bliskość, jak i chęć „podzielenia" się swoją historią z innymi.

Tytuł sugeruje związki z „1984" Orwella, ale głębszych reminiscencji doszukiwać się tu trudno. Znawcom tekstu uda się na pewno wyłuskać kilka cytatów. Reżyser opowiadając o swojej sztuce, mówił, że zainspirowała go ostatnia scena Orwellowskiej powieści, w której kochający się niegdyś ludzie dochodzą do wniosku, że totalitaryzm zabrał im wszystko, uczucia też. Czyli media jako tyran XXI wieku?

Sztuka rozwija też tezę francuskiego pisarza Frederica Beigbedera, wg której współcześnie miłość trwa trzy lata - pierwszy rok to namiętność, potem przychodzi czułość, a tuż przed końcem trzeba się zmagać z nudą.

On i ona, kochankowie z Wisełki, z rozbrajająco-przerażającą szczerością uczestników telewizyjnego talk show, opowiadają o intymnych szczegółach swego rozpadającego się związku. Znają się już trzeci rok. Mają żal, że nikt ich nie ostrzegł, iż pięknie jest tylko przez dwa lata. W globalnej wiosce, w której przyszło im żyć, nie sposób przecież zachowywać się inaczej, niż wszyscy. Jeśli więc trzy lata, to modelowy czas, to oni muszą się do tego dostosować.

Scenografię ograniczono do minimum - łóżko, krzesła, kamera na statywie. Na scenie jest para aktorów - Aleksandra Bednarz i Krzysztof Prałat. Najpierw zgodnie opowiadają o początkach swojej miłości. Potem narasta zniechęcenie, bohaterowie zaczynają pogrywać nieczysto. Sielanka zamienia się w walkę, niebezpieczną psychodramę. Starcie jest jednak bezcelowe, bo nikt wygrać nie może.

Aktorzy są naturalni, odważni, jest między nimi erotyczne napięcie, pojawia się też drapieżność. Przykuwają uwagę, swoją intensywnością wypełniają przestrzeń sceniczną.

Siegoczyński świetnie zbudował klimat przedstawienia. Dopełnieniem jest muzyka, towarzysząca kochankom epoki portali społecznościowych i blogów (m.in. Nirvana, Nick Cave). Jest trochę jak w modnym klubie, gdzie ludzie przychodzą, żeby się wyluzować, zrzucić powszedniość. Zdecydowanie najsłabszą strona spektaklu jest tekst, melodramatyczny, banalny i sentymentalny. Przydałoby się więcej przewrotności i ironii.

Koprodukcja Teatru Na Woli im. Tadeusza Łomnickiego z Teatrem Powszechnym im. Jana Kochanowskiego w Radomiu

Beata ZatońskaTVP Info01-03-2009

 

Orwell inaczej

Przywilejem artysty jest widzieć rzeczywistość inaczej. Doszukiwać się w niej tego, czego inni nie mogą lub nie chcą zobaczyć. Jeśli nie chcą, to artysta im to pokazuje palcem. Zmusza do widzenia nawet wbrew sobie. Czasem jest to bolesne. Michał Siegoczyński, autor i reżyser, w swojej najnowszej realizacji "2084" ten przywilej artysty w pełni wykorzystał.

Inspiracją do napisania sztuki „2084" była powieść Orwella „Rok 1984". „Zainspirowała mnie ostatnia scena powieści - przyznaje reżyser i autor tekstu. - Opis spotkania dwojga ludzi, których wcześniej łączyła namiętna miłość i bliskość, a obecnie nic do siebie nie czują. Zamiast miłości pojawiła się obojętność. Nas, współczesnych, spotyka czasem to samo. Miłość odchodzi. W powieści niszczy ją system totalitarny, a co zabija ją dzisiaj? Co sprawia, że w miejsce tak wielkiego żaru pojawia się pustka? Porzucamy realną miłość dla jej idealnego wzorca, mającego znamiona utopii doskonałej. Dla miłości zamieszkującej mityczną i nieosiągalną przestrzeń. Ważniejsza jest sama tęsknota od jej realizacji."

Na przedpremierowej konferencji prasowej Michał Siegoczyński powiedział: „Ta książka zawsze wywierała na mnie ogromne wrażenie. Ostatnio czytając ją odkryłem jak bardzo silnie jest tam obecny wątek miłosny. Nigdy w szkole się nie rozmawia o miłości. Przestrzeń miłości, która się kończy, jest pozostawiona sama sobie. Uznałem, że scena teatralna jest dobrym miejscem do opowiadania o tym. Spostrzegłem, że pewne rzeczy, które dzieją się między dwojgiem ludzi, przypominają pewne mechanizmy systemu totalitarnego, np. potrzebę utopii czy potrzebę nieskończoności. Kochankowie bardzo często zastanawiają się nie nad tym czy jest im dobrze dzisiaj, tylko jak długo będzie im dobrze".

Wydaje się jednak, że „2084" skłania także do refleksji ogólniejszej. Do spojrzenia w siebie i zastanowienia się, jak bardzo totalitaryzm tkwi w nas, w jakim stopniu pochodzi on od nas samych, a w jakim jest narzucony nam z zewnątrz.

Michał Siegoczyński to jeden z najzdolniejszych reżyserów młodego pokolenia, a także aktor i filmowiec. Niemal każde jego dzieło to prawdziwe wydarzenie artystyczne. Potwierdził to w pełni swoją najnowszą premierą. Przedstawienie jest zrealizowane bardzo oszczędnie. Nie sposób doszukać się w nim choćby jednego elementu, który nie byłby niezbędny.

Słowa uznania należą się dwójce występujących w „2048" aktorów. Aleksandra Bednarz, absolwentka łódzkiej PWSFTviT (rocznik 2007), zagrała do tej pory w kilku filmach. Udział w „2084" to, jej pierwsza poważna rola teatralna. Krzysztof Prałat, aktor radomskiego Teatru Powszechnego, to artysta ze sporym dorobkiem tak w teatrze jak i w filmie. Zagrał m.in. Kleonta w „Mieszczanin szlachcicem" Moliera w swoim macierzystym teatrze. Szerszej publiczności jest znamy jako doktor Piotr Mrozowicz z telewizyjnego serialu komediowego „Daleko od noszy".

(...) Przedstawienie powstało w koprodukcji Teatru Na Woli i Teatru Powszechnego w Radomiu.

Zbigniew Wąsikwww.netgazeta.eu23-02-2009

 

Informacja o cookies
Korzystamy z plików cookies w celach statystycznych i umożliwienia funkcjonowania serwisu.
Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę.
Informacje o możliwości zmiany ustawień cookies »
Zgadzam się, zamknij X