Miłość wymaga ofiary

01.10.2013

 

W miniony piątek na deskach Teatru Powszechnego w Radomiu odbyła się premiera najnowszego spektaklu rosyjskiego reżysera Girgorija Lifanova, „Anna Karenina", która zainaugurowała nowy sezon artystyczny. Czy z prawie tysiącstronicowej powieści Lwa Tołstoja udało się reżyserowi wybrać to, co najważniejsze i najlepsze dla przedstawienia tak, aby ukazać istotę miłosnego dramatu i jednocześnie nie zanudzić publiczności?

Historia stara jak świat. Ona - nieszczęśliwa i samotna w małżeństwie spotyka pewnego dnia mężczyznę, w którym się zakochuje. Namiętności, żądze i wreszcie wielka miłość a obok mąż, z którym coraz trudniej żyć, gdy kocha się innego człowieka. Lew Tołstoj przestawił tę historię w złożony i nie dający się łatwo ocenić sposób; naświetlił miłosny dramat ukazując go w rozmaitych perspektywach - od kwestii moralno-obyczajowych na społecznych kończąc. Stworzył arcydzieło literatury światowej, z którego Lifanov wyłuskał wszystko, co na teatralnej scenie najwierniej mogło oddać dramatyczną historię jednego z najgłośniejszych rosyjskich trójkątów miłosnych.

Na „Annę Kareninę" w ujęciu Lifanova składa się: interesująca gra aktorska, wspaniała scenografia, muzyka i rozwiązania sceniczne, które zaskoczą niejednego znawcę i miłośnika powieści Tołstoja. Katarzyna Dorosińska w roli tytułowej zagrała kobietę, na którą nagle spada wielkie uczucie, z którym nie potrafi sobie poradzić. Jej gra jest ekspresywna i wyrazista. Potrafi wzbudzać litość (scena rozstania z ukochanym synem), jak i zachwyt (taniec na balu stołecznej arystokracji w objęciach Wrońskiego). To ostatnie jest również zasługą wspaniałych sukien zaprojektowanych przez Zofię de Ines, od których nie sposób oderwać oczu. Filigranowa Dorosińska, aktorka o niezwykle subtelnej i delikatnej urodzie, udźwignęła ten ciężar, jakim było zagranie kobiety skomplikowanej, zdeterminowanej przez najsilniejsze uczucia. Najlepiej widać to w momencie, gdy Anna uświadamia sobie, że miłość do Wrońskiego, jest jedynym, co ją obchodzi. Zagrała kobietę, która porzuca męża i dziecko dla kochanka, zachowując przy tym współczucie, a nawet sympatię publiczności. Również jej sceniczni partnerzy stworzyli kreacje, które zasługują na uznanie. Marek Braun, jako szarmancki hrabia Aleksiej Wroński, na scenie zachowywał się jak reprezentant „pozłacanej młodzieży" - wykształcony, przystojny i dobrze wychowany. Reżyser skoncentrował się na ukazaniu postaci Wrońskiego jako człowieka namiętnego, szaleńczo zakochanego w Annie i niewiele zważającego na konsekwencje swego uczucia. Mam wrażenie, że zabrakło drugiej twarzy hrabiego, osoby również niezwykle dumnej, pysznej, wiecznego chłopca, który czerpie z życia jak najwięcej. Jednak nie portret psychologiczny Wrońskiego jest przedmiotem sztuki, tylko miłość, a tę Markowi Braunowi udało się zagrać przekonywująco, tak, jak pozorną obojętność i chłód Karenina - Jarosławowi Rabendzie. Rabenda zagrał pobożnego konserwatystę o silnym poczuciu moralności w taki sposób, w jaki Tołstoj opisał w swej powieści. Szczególnie od momentu, w którym jego postać uświadamia sobie, że przez nienawiść do żony zaczyna nienawidzić własnego syna. Stworzył portret zimnego i nieczułego męża, za którego fasadą płonęło niekłamane cierpienie zdradzanego małżonka.

W sztukach Gigorija Lifanova ważną rolę odgrywa scenografia. I tym razem stała się ona „aktorem", bez którego nie sposób zrozumieć przedstawienia. Gdy widzowie oglądają sceny na moskiewskim dworcu kolejowym w środku zimy, jest im zimno. Gdy stołeczna arystokracja bawi się na miejskiej ślizgawce, nikomu nie przeszkadza fakt, że zamiast łyżew jeździ na rolkach; - łatwo można sobie wyobrazić, że „naprawdę" znajdujemy się w Moskwie, a nie na sali teatralnej. Scenografia Wojciecha Stefaniaka jest bogata, wielopłaszczyznowa, precyzyjna, wpisana w kontekst ówczesnych czasów. Podobnie rzecz się ma w przypadku muzyki. Jest ona tak sugestywna, że jej intensywnością odmalować można cały świat carskiej socjety - od wspaniałych walców na balach po przejmujące momenty wielkich wyznań bohaterów. Należy jednak zwrócić uwagę na coś, co powoduje u widza pewien dyskomfort. W spektaklu znalazły się małe etiudy śpiewane przez aktorów. Światła wtedy nieco przygasają, muzyka brzmi nastrojowo, ale aktorzy śpiewają po rosyjsku. Właściwie nie byłoby w tym nic niedobrego, gdyby nie wrażenie, że owe piosenki stanowią istotny element fabuły i pojawiają się w bardzo ważnych momentach. Nie wszyscy znają język rosyjski na tyle, by ocenić jak wiele treści wnoszą. I właśnie to poczucie, że są istotne, a pozostają niezrozumiałe, powoduje niepotrzebny niepokój.

Perełkami okazały się zaskakujące, czasami występujące w filmie, zabiegi zastosowane przez reżysera. Jednym z nich jest scena w końcu pierwszego aktu, w której hrabia Wroński strzela do siebie. Najpierw długie budowanie napięcia - Anna w ciąży, ciężki poród, przejmujące i emocjonalne spotkanie męża i kochanka przy łóżku prawie umierającej kobiety. I nagle głośny strzał z rewolweru. Ciemność. Zwykle w trakcie przerwy widzowie rozmawiają o tym, jaka jest ogólna, wstępna ocena przedstawienia. Tym razem jedyne usilnie dręczące pytania to: czy Wroński naprawdę popełnił samobójstwo? Przecież w powieści, na tym etapie rozwoju akcji, odgrywa on bardzo ważną rolę, czy można się go pozbyć? Czy Anna umrze również? Dla Girogorija Lifanova bardzo ważne jest to, by widz podczas jego przestawień nie błądził myślami gdzie indziej, tylko pozostał skoncentrowany na fabule. W tym przypadku widz musiał wykazać się pełną koncentracją i skupieniem nie tylko podczas przedstawienia, ale i w jego przerwie. Ciekawe dlaczego reżyser zdecydował się na wprowadzenie do sztuki sceny nieudanej próby samobójczej Wrońskiego? Myślę, że zrobił to, by uświadomić nam, jak wielką miłością Wroński darzył Annę. Bo wyjazd nieszczęśnika na wojnę serbsko-turecką, gdzie czeka go niechybna śmierć, nie oddałoby precyzyjnie tego, co chciałby osiągnąć twórca.

Kolejnym ciekawym rozwiązaniem jest wprowadzenie Dziada, który na początku sztuki wpada pod pociąg. Mimo swojej śmierci postać ta jest jednak obecna w całym przedstawieniu. Na scenę wchodzi dyskretnie i jest jakby pojawiającą się znikąd smugą cienia. Publiczność zauważa go tylko w pewnych momentach, gdy stoi on nieruchomo lub snuje się między dekoracjami. Chłód tej postaci kontrastuje z niepokojem, jaki wzbudza pojawiając się w dramatycznych i trudnych momentach. Reżyser podobną taktykę zastosował w odniesieniu do muzyki - za każdym razem, gdy zbliża się jakieś niebezpieczeństwo słychać odgłos przejeżdżającego pociągu - zwiastuna niechybnej śmierci. Rozwiązanie to pozwoliło Lifanovowi na zbudowanie dodatkowego napięcia i niepokoju.

Powieść Lwa Tołstoja jest klasyczną powieścią psychologiczną, której wielobarwność ukazuje skomplikowane związki międzyludzkie. Dzieło to niezwykle bogate i złożone, niewątpliwe trudno zaadaptować na potrzeby sztuki teatralnej. Grigorij Lifanov podjął się trudnego zadania wybrania tych elementów z powieści, które można w sposób inteligentny i piękny zarazem przedstawić na deskach teatru. Dodając do tego wspomniane zabiegi, które zastosował, nie pozostaje nic innego, jak tylko mieć nadzieję, że w polskich teatrach na dobre zagoszczą inscenizacje tej miary.

Paulina Aleksandra Grubek
Dziennik Teatralny
30 września 2013