Mocny końcowy akord

23.08.2009

Ożesz...Takiego zakończenia sezonu teatralnego w Radomiu nie pamiętam. Najpierw, 12 czerwca, zaproszono widzów na „Noc Teatrów". Rozpoczęło ją barwne, przeplatane skocznymi piosenkami widowisko „Czerwony Kapturek", z rewelacyjną rolą Pawła Wiśniewskiego - Wilka. Bawili się świetnie wszyscy: i dzieci, i rodzice, i przypadkowi przechodnie. Ci mogli dodatkowo pobuszować na kiermaszu, gdzie znalazły się stoiska nie tylko z pamiątkami, obrazami, rękodziełem, ale także ze smacznym jedzeniem. Wieczorem można było obejrzeć trzy spektakle: „Prywatną klinikę" oraz „Wszystko o kobietach" na scenach w teatrze, a przed 23, na placu Jagiellońskim, „Spotkać Prospera" - efektowne, barwne widowisko uliczne oparte na Szekspirowskich dziełach. A choć przenikliwe zimno dawało się we znaki (najbardziej - skąpo odzianym aktorom), widzów nie brakowało. Noc zwieńczyło „La Boheme", znakomity recital Jagi Wrońskiej, artystki z krakowskiego kabaretu Loch Camelot. 17 czerwca, na scenie kameralnej, młodzież z kilkunastu radomskich szkół, która przez kilka miesięcy uczestniczyła pod okiem Pawła Wiśniewskiego w warsztatach teatralnych, pokazała własny spektakl „Ujajenie". Powiem tak: tygrysy tego najbardziej nie lubią, ale... sala pękała w szwach (koledzy, mamy, ciocie, nauczycielki), a widzowie bawili się nieźle. I jakby tego było jeszcze mało - 20 i 21 czerwca, na dwóch przedpremierowych spektaklach zaprezentowano spektakl muzyczny „Piaf" z Katarzyną Jamróz w roli głównej. Do tego przedstawienia wrócę po oficjalnej premierze, ale już teraz mogę z czystym sumieniem je polecić. Moim zdaniem jest nienaganne. A to nie koniec, bo zwieńczeniem sezonu okazała się nagroda dla spektaklu „2084". A właściwie - trzy nagrody, które jury XV Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej przyznało: Michałowi Siegoczyńskiemu za najlepszą reżyserię (w tej kategorii równorzędną nagrodę dostał Łukasz Witt-Michałowski z Lublina) oraz Aleksandrze Bednarz i Krzysztofowi Prałatowi za najlepsze role.

Zbigniew Rybka, obecny dyrektor naszej sceny, przybył do Radomia 1 lutego 2008 r. W środku sezonu zaplanowanego przez inną osobę. Co zastał? Teatr bez zespołu, w którym na dwóch scenach rozgościła się pustka. Kiedy wkrótce potem udzielił miesięcznikowi wywiadu, nie krył, że zdaje sobie sprawę z ogromu problemów do rozwiązania, ale zapewniał, że chce odtworzyć teatr, w którym każdy z widzów powinien znaleźć w repertuarze satysfakcjonującą go propozycję. Nie był pierwszym dyrektorem, który to obiecywał, ale na pewno jest jedynym, który na razie obietnice realizuje. Z nawiązką.

Przede wszystkim dzięki nienotowanej od lat przychylności władz lokalnych stworzył stały zespół (pracuje u nas teraz 24 aktorów na etatach) i doprosił do współpracy gości. Głównie osoby bardzo znane: Emilię Krakowską, Jerzego Bończaka, Martę Klubowicz czy Piotra Cyrwusa. Zaczął też grać poza Radomiem, w miastach południowej Polski oraz w Warszawie, dzięki wspólnej realizacji przedstawień z teatrami Komedia oraz Na Woli. W minionym sezonie pokazano 333 spektakle, czyli średnio 33 w miesiącu. Stworzono także cykl „Goście Teatru Powszechnego". Ponieważ tym razem z trudem nadążałam za tym, co pokazuje teatr, nie udało mi się zobaczyć wszystkich, ale te, które widziałam (łódzki „Lew na ulicy", lwowski „Hiob", poznański „Faust") godne były pochwał. Nic więc dziwnego, że sale wypełniały się po brzegi. Mało, widywałam ludzi, którzy stali w kolejce przed kasą, i takich, którzy odchodzili od niej z kwitkiem, lekko zdziwieni, bo wcześniej to się nie zdarzało. A przecież, tak po cichu jakoś, podniesiono ceny biletów, próbując dogonić te obowiązujące na większości polskich scen. I nikomu to nie przeszkadza, widzów nie brak. Efekt takich posunięć jest może mniej widoczny, ale znaczący i od dawna oczekiwany. Radomski teatr jest systematycznie remontowany (nie tylko scena kameralna, ale także sale prób, garderoby), zakupiono sporo nowego sprzętu, szyje się normalne kostiumy i robi normalne scenografie. Co najważniejsze sporo środków idzie na reklamę. Dzięki, najczęściej bardzo dobrym, afiszom, teatr jest w mieście widoczny, zaś widz, jak w cywilizowanym świecie, otrzymuje normalne programy.

Nie zaprzepaścił dyrektor Rybka (może dlatego, że ceni Gombrowicza) również Międzynarodowego Festiwalu Gombrowiczowskiego i w nowej, konkursowej formule, z marszu, przygotował go w październiku ubiegłego roku. I znów w Radomiu pojawiły się interesujące przedstawienia obce, ale też własne - „Ferdydurke", której nie musieliśmy się wstydzić.

Jaki był repertuar? Gdyby musieli się nim zadowolić widzowie tacy jak ja, teatr pewnie nadal świeciłby pustkami, a przecież na brak widzów nie narzeka. Z czystym sumieniem mogę jednak powiedzieć, że nie było żadnej klęski. Nawet to, co moim zdaniem było takie sobie, niżej przyzwoitego poziomu nie zeszło (poza „Wszystko

o kobietach" - oczywiście, moim zdaniem). Gdybym miała stworzyć prywatny ranking hitów, znalazłyby się w nim na pewno (kolejność przypadkowa): „Skrzypek na dachu", „Z życia glist", „Edyp", „Była sobie piosenka", „Ferdydurke" i oczywiście „Piaf".

A poza spektaklami były również „dziania okołoteatralne". Myślę tu o „Czytaniu poezji", „Bajkowych niedzielach" i „Czytaniu świata" (o warsztatach teatralnych już wspominałam). Nie obejrzałam jedynie cyklu zapoznającego z najnowszą dramaturgią, bo zapowiedź cyklu przypominała mi „sztuki odważne", do których się zraziłam. Pozostałe (spotkanie z poezją Bolesława Leśmiana i bajki Marii Konopnickiej) cieszyły się sporym zainteresowaniem widzów.

Na koniec jedna uwaga. Ze szczątków dawnego zespołu dobrze odnaleźli się w nowej rzeczywistości Iza Brejtkop-Frączek, Iwona Pieniążek, Włodzimierz Mancewicz i Krzysztof Prałat. Nadal czekam na interesujące role Danuty Doleckiej (jeden „Dzień Walentego" to mało) i Jarosława Rabendy, który tłucze wyłącznie role w farsach (nie ze swojej winy, ale co z tego?).

Miniony sezon, po latach mizerii, jest trudny do ogarnięcia. Prawdę mówiąc, z lekką obawą czekam na kolejny, bo nie wiem, czy mam tyle zdrowia, żeby go zaliczyć. Zatem zamiast posumowania list pani Hanny Z., który znakomicie oddaje nastroje miłośników Melpomeny: „Panie Dyrektorze! Jestem zakochana w Teatrze. Na niektóre sztuki chodzę po kilka razy. I na zakończenie tego sezonu - dziękuję za te emocje, których nasz TEATR dostarcza, za wzruszenia, refleksje, za zadumę, a nawet za łzy, które wyciska, i za serdeczny, beztroski śmiech, który wywołuje. Dziękuję AKTOROM za grę, za interpretację, którą poruszają nasze umysły i serca. Bo przecież chodzi o to właśnie, żeby rozumieć więcej i głębiej, czuć wrażliwiej, widzieć dalej, żeby patrzeć i zobaczyć... Życzę WSZYSTKIM satysfakcji z tej PRACY, dzięki której można powiedzieć, że »w życiu nie pracowało się nawet jednej godziny, ponieważ to, co jest przyjemnością nie nazywa się pracą«".

 

 

Krystyna Kasińska
"Miesięcznik Prowincjonalny"
06.08.2009.

 

 

Informacja o cookies
Korzystamy z plików cookies w celach statystycznych i umożliwienia funkcjonowania serwisu.
Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę.
Informacje o możliwości zmiany ustawień cookies »
Zgadzam się, zamknij X