Mroczny Beckett (Beckett)

28.05.2013


Radomski spektakl Beckett w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza oparty jest na czterech jednoaktówkach: Kroki, Kołysanka, Katastrofa oraz Przychodzić i odchodzić (wszystkie w przekładzie Antoniego Libery). Reżyser zainteresował się tym wybitnym irlandzkim dramaturgiem, bo „Beckett zbudowany jest ze słów, pod którymi kryją się nieprzebrane emblematy znaczeń. Jego język odziera realność z pozorów istnienia. Rozpięty w pustce i ciszy ukazuje swą niewystarczalność w opisie ludzkiej mowy".

Spektakl Śmigasiewicza dokładnie taki jest. Na scenie jest ciemno i pusto, tylko od czasu do czasu rozbłyśnie niewielkie punktowe światło, a z totalnego mroku wyłoni się jakaś postać. Nie dziwi też kompletny brak scenografii, bo najważniejszą rolę odgrywa tu człowiek. Znajduje się tu tylko bujany fotel, drewniane krzesełko, postument i nieduża ławka. To wszystko. Poszczególnym odsłonom nie towarzyszy także żadna muzyka. Słowa rozbrzmiewają w absolutnej ciszy. Liczy się tylko człowiek, nic ponadto.

Każda jednoaktówka dzieje się tu i teraz. Nie ma wyraźnie zaznaczonego miejsca, czas także nie odgrywa tu znaczącej roli. Nie ma przeszłości czy przyszłości. Jest tylko teraźniejszość - ten dzień i ta godzina.

Uwaga reżysera (i publiczności) skupia się bowiem na poszczególnych bohaterach. Nieważne są ich cechy charakterystyczne, wykonywany zawód, nadana tożsamość. Liczy się ich uniwersalizm: cielesność i istnienie. Bo tylko o tych aspektach można mówić, próbować opisać, za ich sprawą można także dotknąć tego, co w codziennym życiu najważniejsze.

W Krokach na pierwszy plan wysuwa się Beckettowska obecność. Na scenie pojawia się kobieta w długim płaszczu (Karolina Łękawa), która porusza się jedynie po specjalnie oświetlonej drodze i rytmicznie stuka obcasami. Tym dźwięcznym krokom towarzyszy rozmowa z niedołężną, umierającą matką (Iwona Pieniążek), której nie widać na scenie. W owych tytułowych krokach zamknięta jest totalna samotność kobiet.

Kołysanka to „powrót do niemożliwego początku". W bujanym fotelu siedzi ubrana na czarno kobieta (Danuta Dolecka). Jej postać ledwie wyłania się z mroku - delikatne światło, rzucone z góry, nadaje jej kształt bryły, wręcz nieforemnego, nieruchomego przedmiotu. W rytm kołyszącego się fotela i stłumionych słów kobieta czeka na koniec życia. Śmierć przychodzi, gdy fotel nieruchomieje.

Katastrofa opowiada o „cenie, jaką płacimy za wzniosłość". Trójka bohaterów (Reżyser - Adam Majewski, Asystentka - Katarzyna Dorosińska, Protagonista - Robert Mazurek) tkwi na scenie w dziwnym ustawieniu. Na małym postumencie nieruchomo stoi Protagonista, Reżyser siedzi w lewym kącie, w przeciwległym - dyżuruje Asystentka, która porusza się po dokładnie wyznaczonej drodze, raz po raz przemieszczając się między dwójką mężczyzn. Każdy ma tu swoje miejsce, każdy odgrywa zadaną mu rolę - tak jak w dobrym teatrze. Tylko końcówka przedstawienia okazuje się prawdziwą, gorzką (nieteatralną) katastrofą...

Ostatnią odsłoną jest jednoaktówka Przychodzić i odchodzić, czyli „zamknięcie losu w kolistość czasu". Trzy kobiety, ubrane w długie płaszcze i mocno osadzone na głowach kapelusze (przykrywające ich oczy i twarze), siedzą na ławce i toczą między sobą pozorny dialog. Ale w rzeczywistości nikt nikogo nie słucha. Każda z kobiet mówi tylko do siebie. Żadna z nich nie próbuje nawiązać z drugą prawdziwego kontaktu. A nieustanna zamiana miejsc na ławce jeszcze bardziej potęguje pesymistyczny wymiar ludzkiego żywota.

Beckett pod batutą Waldemara Śmigasiewicza to ascetyczny, mroczny spektakl. Jak z otchłani, tak ze sceny wydobywa się z niego nieustanny krzyk o ludzkiej samotności, do cna absurdalnym świecie, wreszcie o odwiecznym czekaniu na śmierć.

Paulina Borek-Ofiara, Teatralia Radom
Internetowy Magazyn Teatralny „Teatralia"
numer 59/2013