Na nie, na tak

26.10.2009

Krzysztof Babicki, reżyser spektaklu „Hiob", przygotowanego na podstawie biblijnej Księgi Hioba, a pokazanego we wrześniu na przedstawieniach przedpremierowych, przeniósł bohaterów w czasy współczesne. Chciał pokazać (...) młodych ludzi sukcesu (Hiob i jego żona), którzy nagle spadają na dno. I postawić pytanie, czy potrafią przejść przez trudne próby, zachowując wierność ideałom, w które wierzyli stając u początku drogi wiodącej na szczyty społecznej hierarchii. Przyznam, że to najdziwniejszy spektakl, jaki ostatnio obejrzałam. Niełatwy, ale dobrze zrobiony. Prosta, przemawiająca do wyobraźni scenografia (M. Braun), „podbijana" grą świateł (O. Tryzna), rewelacyjna muzyka (M. Kuczyński), dobre tempo akcji i wiele pomysłów scenicznych (np. Pan - Ryszard Jabłoński czy przemiana żony Hioba) oraz niezła gra grupki aktorów, ale... Wydaje mi się jednak, że zagubiło się gdzieś główne przesłanie Księgi Hioba. Nie ratuje go nawet padające ze sceny usprawiedliwienie: „oczerniamy Boga, aby wybielić siebie". Biblijna księga to lekcja wierności Bogu w cierpieniu. Hiob zostaje poddany bezlitosnej próbie wiary, związanej z męką cielesną i duchową, chyba nawet straszniejszą. Bohater bowiem wie, że jest człowiekiem prawym, ale ma także pewność, że doświadcza go Bóg, który jest Sprawiedliwością. I choć tego nie rozumie, wychodzi z próby zwycięsko. Radomski Hiob (więc także Bóg) przegrywa ze złem. Rozpacz pojawia się w głosie bohatera w kilku zaledwie momentach. Jego przyjaciele wygłaszają pouczenia z wyraźną kpiną, żona - drwi. To, co symbolizuje w spektaklu ciemne moce, jest piękne: zaskakująco dobry i ponętny Jarosława Rabenda, świetna Honorata Witańska w roli kobiety przepełnionej żądzą i interesująca trójka atrakcyjnych przyjaciół (Adam Konowalski, Maciej Zacharzewski, Krzysztof Prałat). Ci, którzy stają po stronie dobra, są co najmniej pospolici. Hiob od początku przypomina człowieka przegranego, a odziany w łachmany Anioł (Patrycja Zywert) to kaleka. Dobrze, że choć śpiewa pięknie (porywający duet z Jerzym Stelmańskim, tenorem z Polskiego Chóru Kameralnego w Gdańsku). W dodatku sceny końcowe mają jednoznaczną wymowę. Żona Hioba wprawdzie podąża za mężem, ale chyłkiem zabiera ze sobą czerwone pantofelki ladacznicy, ukrywając je skrzętnie na wozie. A ostatnie, wypowiadane z kpiną, zdania należą do Szatana. Jaki to triumf dobra, skoro najpiękniejsze w spektaklu staje się zło? Dla mnie więc nie jest to Księga Hioba. I naprawdę jestem ciekawa, jak z interpretacją takiego przedstawienia poradzą sobie poloniści i katecheci (...)

Nie mam natomiast żadnych zastrzeżeń do adaptacji „Piaf" P. Gems, wyreżyserowanej przez Tomasza Dutkiewicza. Przedstawienie obejrzałam dwukrotnie i chętnie pójdę jeszcze raz, aby zobaczyć w tytułowej roli Jagę Wrońską. Podobne emocje wyzwolił we mnie musical „Józef i cudowny płaszcz w technikolorze", ale było to w ubiegłym stuleciu. „Piaf" podoba mi się jednak bardziej. Zawrotne tempo akcji i szybkie zmiany planów scenicznych, na których prawie jak w kalejdoskopie pojawiają się wciąż nowi bohaterowie (często całe tłumy) sprawiają, że trzy godziny mijają w okamgnieniu. Stroje i scenografia (Z. de Ines-Lewczuk i W. Stefaniak) znakomicie przybliżają atmosferę środowisk, w których żyła francuska gwiazda piosenki. Do tego mamy jej najpiękniejsze piosenki z mądrymi tekstami A. Ozgi i J. Menela, kilka świetnych scen, czasem zabawnych (wizyta żołnierzy niemieckich, pijacka „próba sił" w barze i taniec kowboja), czasem wzruszających (śmierć Piaf) i pomysłowy finał. Czegóż chcieć więcej? Wreszcie aktorstwo. „Piaf" to spektakl zespołowy, choć niepozbawiony dobrych epizodów. Większe role przypadły Honoracie Witańskiej (Toine, przyjaciółka artystki), która podoba mi się już po raz trzeci, i Katarzynie Jamróz w roli bohaterki opowieści. Aktorka, znana mi świetnie z krakowskiego Lochu Camelota, biesiad Z. Górnego, występów kabaretowych, interpretacji piosenek żydowskich oraz epizodów filmowych zwyczajnie mnie zaskoczyła skalą warsztatu aktorskiego. A przecież Piaf przypomina średnio, jest urodziwa i ma inną barwę głosu. Tyle że Jamróz nie próbuje nawet udawać Piaf, ona ją tylko (?) gra. Ale za to jak! Bywa i zadziorna, i wulgarna, i czuła, nawet wredna. Jest taka scena, kiedy chora Piaf śpiewa - prawdziwy aktorski majstersztyk. A kiedy z ciemnej przestrzeni sceny punktowiec wydobywa sylwetkę śpiewającej piosenkarki, trudno się oprzeć magii teatru i nie ulec wrażeniu, że Edith Piaf ożyła... Naprawdę brakuje mi słów, aby opisać urodę tego spektaklu, więc jedynie zachęcam żarliwie do jego obejrzenia.

 

Krystyna Kasińska

"Miesięcznik Prowincjonalny"

22.10.2009 r.

 

Informacja o cookies
Korzystamy z plików cookies w celach statystycznych i umożliwienia funkcjonowania serwisu.
Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę.
Informacje o możliwości zmiany ustawień cookies »
Zgadzam się, zamknij X