Niech żyje Dulska!

23.05.2012

 

Dulska odżyła na deskach Teatru Powszechnego w Radomiu. Przypomniała widzom, że w większym lub mniejszym stopniu wszyscy mamy w sobie jakieś instrukcje, pseudoreguły, które stosujemy w kontaktach z innymi, a one niekoniecznie są słuszne. Morał jest prosty: nie wolno tracić dystansu do samego siebie, w przeciwnym razie człowiek staje się tyranem codzienności.

Pani Dulska (Izabela Brejtkop) została zaprezentowana jako osoba nadmiernie troszcząca się o zdanie innych. Najważniejsze było dla niej nieskalane nawet najdrobniejszą plotką nazwisko. Pełna władczego chłodu dyrygowała całym domem. Świetnym kontrapunktem dla niej były pełne życia i energii, przedstawione w nieco gimnazjalnej stylistyce Hesia (Paulina Dziuba) i Mela (Maria Gudejko). Swoją młodzieńczą naiwnością udowadniały, że istnieje gdzieś świat, w którym podziały nie są, aż tak oczywiste. Jednak czuwała nad nimi sytuacyjna terrorystka - Aniela Dulska i krępowała każdy, nawet najmniejszy wybuch młodzieńczego entuzjazmu.

Między nimi krążył, wymownie milczący, Felicjan Dulski (Jarosław Rabenda). Obserwował sytuację niczym rasowy strateg i w odpowiedniej chwili wypowiedział jedno zdanie. Zabrzmiało ono niczym huk armatniego wystrzału. Jednak "mury" sytuacji zaprojektowanej przez Juliasiewiczową (Joanna Jędrejek), przy - raz cichym, a raz głośnym - wsparciu Anieli Dulskiej, pozostały niewzruszone. Wszystkim przyszło zgodzić się z tym, co wymyśliła i postanowiła caryca domu. Innych możliwości nie było.

Jednak spodziewanego konfliktu pokoleń w radomskim spektaklu raczej się nie dopatrzyłem. Za to ostro ujrzałem walkę klas, która toczyła się na linii Aniela Dulska - Hanka (Karolina Łękawa). Pierwsza stanowi uosobienie drobnomieszczaństwa, które uważa, że świat został już urządzony i nie należy go zmieniać. Druga - przedstawicielka raczej dolnych warstw społecznych - zaszła w w ciążę z paniczem Zbyszkiem (Wiktor Korzeniowski) i próbuje odnaleźć się w trudniej sytuacji. Małżeństwo mogło by być dla niej szansą na wejście do wyższego stanu, jednak głośno i gwałtownie wyrażany przez Zbyszka zamiar popełnienia mezaliansu Aniela Dulska bezceremonialnie sprowadza "do parteru" i bez ceregieli przypomina Heli gdzie jest jej miejsce, po prostu, kupując jej milczenie. Kluczowa jest scena, w której Dulska rzuca pieniędzmi, a Hela podnosi je z podłogi. Wtedy ujawnia się siła banknotów, które co prawda nie rozwiązują problemów, ale przynajmniej pozwalają skutecznie i łatwo ukryć kłopotliwą prawdę. Aniela Dulska tryumfuje i może wrócić do swoich apodyktycznych rządów. Całe to zdarzenie nie spowodowało w niej żadnych zmian, nie wywołało refleksji, może jedynie nieco ją zmęczyło. Włada domem tak samo, jak na początku. Zapada w sen. Zapewne tylko po to, aby obudzić się w dobrze jej znanym, uporządkowanym świecie.

Siła interpretacji tego przedstawienia tkwi głównie - oprócz fundamentu postawy Dulskiej - w mocno i wyraziście zagranej przez Karolinę Łękawę Hance. Tragedia jej bohaterki rozdziera duszę, a cierpienie obezwładnia. Miota się, próbując utrzymać na powierzchni swoją godność. Dulska jednak postanowiła ją utopić. A jej słowo ma moc sprawczą i w żaden sposób Hanka nie może już uniknąć klęski. W obliczu konfliktu tych dwóch postaw niezwykle blado wypada Zbyszko. Nie opowiedział się po żadnej ze stron. Być może usiłuje zachować status quo swojego stylu zycia, ale jest to postawa egoistyczna i konformistyczna. Pozostał marionetką, której sznurki w gruncie rzeczy pociągała wszechwładna matka. Może nawet w pewnym momencie próbował zachować się jak mężczyzna jednak w konsekwencji zwyciążyła "dulszczyzna" w wydaniu Felicjana.

Spektakl Bogusława Semotiuka jednoznacznie udowadnia, że nie trzeba całkowicie przerabiać klasyki oczyszczając ją z charakterystycznego klimatu. "Wystarczy" mieć solidny reżyserki pomysł, Zofię de Ines do zaszalenia w kostiumach i trupę złożoną z kreatywnie myślących aktorów, by wydobyć - na przykład - z „Moralności pani Dulskiej" to, co ponadczasowe i uniwersalne, jednocześnie pozostawiając koloryt i atmosferę stworzoną przez autora. Semotiuk nie zgorszył, nie zbulwersował, a jednak zagwarantował widzom Teatru Powszechnego w Radomiu błyskotliwy spektakl i mądrą rozrywkę, zaś realizatorom sporo satysfakcji z pracy nad ostatnią już - w tym udanym dla teatru sezonie - premierą.

Adrian Jaworek
"Dziennik Teatralny"
23 maja 2012