Niszcząca siła miłości

07.10.2013

 

Radomski teatr ponownie sięgnął po rosyjskich klasyków literatury. Tym razem widzowie mogli zobaczyć na scenie adaptację powieści Lwa Tołstoja pt. „Anna Karenina".

Reżyser Grigorij Lifanov przeniósł nas w rzeczywistość XIX-wiecznej Rosji; do świata, gdzie ulice wypełnione są chłodem, a przechodnie szczelnie zasłaniają się szalami. Czujemy ostry zapach przesiąkniętego zimnem dworca kolejowego, gdzie przyjeżdżające składy wagonów wyznaczają czas rozstań i powrotów. Jednak Lifanov otwiera też przed nami sale balowe, wypełnione gwarem rozmów, cudownie oświetlone, otulające ciepłem odsłonięte ramiona rosyjskich arystokratek. Historia Anny Kareniny lśni blaskiem szczęścia i euforii, by za chwilę zmienić się w mroczną niepewność jutra.

Czy możliwe jest uczucie o sile niszczącego wszystko wokół tornada? Czy możliwa jest namiętność kpiąca z wszelkich reguł i zasad? Czy możliwe jest, by za sprawą jednego tylko spojrzenia zrezygnować ze wszystkiego, co do tej wydawało się nam przyjazne? Kusi mnie stwierdzenie, że tylko będąc nieszczęśliwym moglibyśmy poddać się takiej pasji. Jednak nie sposób chyba obiektywnie tego ocenić, bo powtarzając za Tołstojem - ile głów, tyle rozumów, a ile serc, tyle rodzajów miłości.

Anna Arkadiewna Karenina (Katarzyna Dorosińska) to młoda, piękna kobieta, matka ośmioletniego chłopca, żona poważanego, lecz dużo starszego od niej mężczyzny, do tego dobrze usytuowana, błyskotliwa, ciesząca się sympatią wśród rosyjskiej arystokracji. Prowadzi życie dostatnie, raczej ustatkowane, wydaje się być szczęśliwa. Aleksiej Wroński (Marek Braun) to młody oficer o nienagannych manierach, niezwykle przystojny, bogaty, oprócz tego wykształcony, odważny w swoich decyzjach i bezkompromisowy.

Mroźnego, zimowego wieczoru los sprawił, że tych dwoje ludzi spotkało się. Wystarczyła jedna chwila, by życie obojga diametralnie się zmieniło. Uczucie, jakiego doświadczyli pochłonęło ich całkowicie i nieodwracalnie. Wieczór ten był początkiem wspaniałej miłości, jednakże w tej samej chwili rozpoczęło się też pasmo udręk i cierpienia, o czym kochankowie przekonają się już w niedługim czasie. W towarzystwie ówczesnej Rosji to, co łączyło Annę i Wrońskiego, nie mogło zyskać akceptacji.

Znając historię Anny Kareniny najczęściej pochylamy się nad jej losem i nad jej niedolą. Tymczasem po obejrzeniu spektaklu widać aż nazbyt wyraźnie, że człowiekiem nie mniej nieszczęśliwym był jej mąż, Karenin (Jarosław Rabenda), który doświadczył wielkiego upokorzenia, podobnie zresztą jak ich syn. Tragiczne życie i jego fatalny koniec były następstwem wyborów wiarołomnej żony. Można obwiniać konwenanse rządzące wyższymi sferami w Rosji, jednakże Karenina naraziła też swojego syna na doświadczenie ich bezlitosnej mocy w przyszłości. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy znalazłby w sobie więcej siły do walki z obowiązującą etykietą, niż jego matka.

Mimo wszystko nie można odebrać wagi i siły miłości, która łączyła Kareninę i Wrońskiego. Było to uczucie na wskroś romantyczne, wymagające od kochanków wielkiej ofiary.

„Anna Karenina" zafascynowała mnie przede wszystkim obrazem miłości idealnej. Miłości prawdziwej, której nie można odrzucić. Ale to przecież związek innej pary bohaterów został okrzyknięty tym doskonałym, na jaki żywi nadzieję większość ludzi. Tylko czym jest prawdziwa miłość i jak ona powinna wyglądać?

Nowy spektakl Teatru Powszechnego w Radomiu dramatyczną historię Tołstoja ukazał widzom w sposób jasny i klarowny. Szkoda jednak, że nie mogliśmy niektórym wydarzeniom przyjrzeć się wnikliwiej (np. wewnętrznej walce Kareniny, zanim całkowicie dała się porwać uczuciu). Nie mniej jednak inscenizację Lifanova ogląda się z ogromnym zainteresowaniem. Również dzięki kostiumom Zofii de Ines-Lewczuk i znakomitej scenografii zaprojektowanej prze Wojciecha Stefaniaka. Zakomponowana przestrzeń świetnie oddawała zarówno złowieszczy klimat dworca kolejowego, jak i pogodną atmosferę lodowiska, czy sali balowej. Doskonale wzbogacała też spektakl choreografia autorstwa Tomasza Tworkowskiego.

Teatr Powszechny w Radomiu po raz kolejny zaprezentował swym widzom adaptację rosyjskiej powieści XIX wieku. Po „Zbrodni i karze" Dostojewskiego, której premiera odbyła się w 2012 roku, tym razem zostaliśmy wprowadzeniu w arystokratyczne elity Moskwy i Petersburga. Wypełniona po brzegi teatralna sala świadczy o tym, że spektakle oparte na tekstach literatury klasycznej nadal cieszą się wśród publiczności dużą popularnością. Dla mnie zaś, ze względu na sympatię, jaką darzę dzieła rosyjskich twórców, oglądanie spektaklu było tym większą przyjemnością.

Agata Guza
www.teatrdlawas.pl