Oniryczny świat „Cabaretu"

19.05.2015

 


Zdarzają się rzeczy, zadania, których, w powszechnej opinii, nie da się zepsuć. Nic bardziej mylnego, bo nawet arcydzieło można zniszczyć źle dobraną oprawą. Niełatwego zadania zmierzenia się z legendą - bo tym właśnie jest musical "Cabaret" - podjął się zespół naszego teatru. Zdawałoby się, że jeśli bierze się na warsztat tak doskonałą klasykę, to sukces właściwie jest pewny. Trzeba przyznać, że spektakle muzyczne na deskach radomskiego teatru to z pewnością udane realizacje: "Cafe Sax", "Skrzypek na dachu", ale tym razem tego, co zobaczyłam, nie mogę nazwać inaczej jak... perełką.

Reżyseria została oddana w doświadczone ręce Waldemara Zawodzińskiego i to był strzał w dziesiątkę. Tygodnie pracy zaowocowały wykrzesaniem z zespołu tego, co najlepsze. W równej mierze, co reżyserowi i aktorom, uznanie należy się kierownikowi muzycznemu Teresie Stokowskiej-Gajdzie, choreografowi Edycie Wasłowskiej oraz Marii Balcerek odpowiedzialnej za kostiumy - jej praca po prostu cieszy oko: czasem rozbawia, czasem ubarwia sytuację, a czasem subtelnie uzupełnia sceniczny, cabaretowy świat. Doskonałe dzieło!
Na tle Berlina lat 30-tych XX wieku i onirycznego świata kabaretu - widza wprowadza doń charyzmatyczny, nieco demoniczny Konferansjer, w którego roli został obsadzony Łukasz Mazurek (wybór nie mógł być lepszy!) - zawiązują się dwie miłości. Niestety pod naporem rzeczywistości ulegają one destrukcji, tak samo jak pod naporem totalitaryzmu destrukcji ulegają życie, ludzie, uczucia.

Aktorzy spisali się doskonale.
Przebojowa, rozrywkowa, z jednej strony spragniona uczuć, a z drugiej obawiająca się stabilizacji i marząca przede wszystkim o karierze Sally Bowles, grana przez Magdalenę Placek. Zagubiony, nieco przestraszony Clifford Bradshaw - w tej roli Jakub Kryształ. To jego pierwsza tak duża rola w radomskim teatrze i, trzeba przyznać, świetnie sprostał temu wyzwaniu. To jedna para.
Druga to Rudolf Schulz i Fräulein Schneider, czyli Jarosław Rabenda i Izabela Brejtkop. On - nieśmiały, ale porwany uczuciem, skłonny do stanowczości i odwagi, kiedy trzeba stanąć w obronie ukochanej. Ona - zmuszona przez życie do "radzenia sobie", nieszczęśliwa, spragniona bliskości. To właśnie Izabela Brejtkop szczególnie mnie poruszyła. Rola została jakby dla niej stworzona - a ona dała w niej koncertowy pokaz przedarcia się przez postać, zrozumienia jej do głębi i roztoczenia przed widzem przenikającej, prawdziwej historii.
Uznanie należy się także Piotrowi Kondratowi w roli Ernsta Ludwiga. Jest tym, który wprowadza Cliffa w berlińską rzeczywistość. Kreacja aktora jest świetna, przypominająca mi nieco Jokera z serii o „Batmanie" - przebiegłego, realizującego swój plan, złego charakteru, bez którego jednak „Cabaret" nie może zaistnieć... a sen przemienić się w koszmar.

W spektaklu widać ogromne zaangażowanie całego zespołu - zarówno w scenach aktorskich, jak i śpiewanych i tańczonych. Podziw budzą dopracowane z ogromną precyzją szczegóły - nie ma miejsca na improwizację, każde słowo, każdy gest, każdy krok jest dokładnie przemyślany i wykonany zgodnie z planem. Nie sposób nie wspomnieć o niespotykanej w dzisiejszym teatrze muzyce na żywo. Zasiadająca z tyłu sceny, na podwyższeniu, orkiestra to kolejny element, który wyróżnia "Cabaret", a świetnie wykonane piosenki towarzyszyły mi przez następnych kilka dni. W tym spektaklu wszystko robi wrażenie.
Całemu zespołowi należą się gorące gratulacje! Spektakl miał swoją premierę 27 marca, czyli w Dniu Teatru - teatr-jubilat nie mógłby wymarzyć sobie lepszego prezentu. Na tę sztukę po prostu chce się wracać - zachwyca i zaskakuje. Jeśli jeszcze nie mieli Państwo okazji się o tym przekonać, to z pełnym przeświadczeniem zachęcam: idźcie na "Cabaret"!

Agnieszka Wojciechowska
"OK!Magazyn" maj/czerwiec 2015