Pani Lodzia i ścieżki zdrowia

13.04.2012

 

 

Andrzej Sadowski zawsze umiał ciekawie opowiadać. Igrał rozmaitymi planami narracji, brał w nawias formę scenicznej spowiedzi do widowni, kontrapunktował ją czyimś milczeniem, zderzał gadulstwo z niemą zgrozą. Do dziś stoi mi w oczach jego spektakl Pomiędzy, zrealizowany w offowym teatrze Mandala w Krakowie kilkanaście lat temu. To była nieomal stand-up comedy; opowiadana ze swadą i autoironią relacja faceta z Zachodu, który - będąc w pobliżu - ma wjechać do któregoś z postkomunistycznych krajów bałkańskich i wywieźć z niego znajomą szefa, pogrążoną w głębokiej prostracji psychicznej i znajdującą się w beznadziejnej sytuacji. Sadowski sam był przezabawnym białym człowiekiem opowiadającym o zderzeniu z dobrze znaną nam dziczą, o niemożności cywilizowanego przekroczenia granicy, podszytych oczekiwaniem na łapówki kłopotach wizowych, nieczynnych klozetach, złodziejskich taksówkach, etc. To wszystko nasza widownia - aspirująca przecież, jak trzeba, do tego Zachodu, łykała ze śmiechem zrozumienia. A gdzieś na dalekim planie, widzieliśmy cały czas niezbyt z daleka zrozumiałe szamotaniny kobiety, jej kłótnie, jej rozpacze, jej próby nawiązania kontaktu z nieporadnym wysłannikiem. W chwili, gdy perypetie graniczne sięgały komediowego apogeum, kobieta rozbijała o ziemię butelkę, przykładała ostrze do gardła. Śmiech cichł jak rażony piorunem.

Łatwo więc pojąć, dlaczego Sadowski przyjął zadanie wystawienia „Ulicznej ballady" w Teatrze Powszechnym im. Kochanowskiego w Radomiu; zobaczył szansę podobnego zderzenia. Teresa Ewa Opoka napisała rzecz o dystyngowanej pani ubekowej, żonie funkcjonariusza, osobiście też pracującej długie lata dla resortu, a teraz dożywającej swoich lat w jednej z radomskich kamienic. Pani Lodzia prowadzi w tekście długie dialogi ze swoją stałą fryzjerką, demonstrując niezachwiane zadowolenie z życia i betonową stałość poglądów na politykę, życie i przeszłość, ze szczególnym uwzględnieniem wydarzeń z 1976 roku widzianych od tamtej, partyjno‑milicyjnej strony. Szykuje się jednocześnie na wygodne dożywocie: jej nowy (po śmierci męża) absztyfikant, radomski adwokat, ma ją umieścić w luksusowym pensjonacie. Na koniec okaże się, że ją dosyć brutalnie naciął i polował jedynie na mieszkanko w dobrym punkcie. Wolno sądzić, że dla autorki tekstu miało to być coś w rodzaju losowej sprawiedliwości: zadowolona z siebie esbeczka‑idiotka ciężko wystrychnięta na dudka.

Andrzej Sadowski w swoim stylu, dramatycznie i sarkastycznie zderza pogaduszki pani Lodzi i fryzjerki z dwojgiem innych osób naznaczonych tamtymi czasów: robotnikiem Andrzejem, tak ciężko pobitym na radomskich ścieżkach zdrowia, że okaleczonym na całe życie i przywiedzionym do samobójstwa - i jego osamotnioną córką Kasią. Kasia mieszka w tej samej kamienicy, co esbeczka, która nawet przez jakiś czas usiłowała jej matkować (a sąsiedzi myśleli naiwnie, że to w ramach ekspiacji, które to złudzenie, szybko się skończyło. Inscenizator prowadzi spektakl balladowo, przeplatając rodzajowe scenki i ciepłe dialogi dwóch pań z dramatycznymi - opartymi na autentycznych dokumentach - listach robotnika Andrzeja do córki. Mamy do tego kronikarskie filmy o Radomiu 1976, mamy też wściekłe songi wykonane przez Andrzeja i - pod koniec - przez Kasię. Jej wybuch oburzenia i gniewu konstytuuje wymowę spektaklu.

Radomska „Ballada" ma wymiar historyczno‑teatralnej lekcji, dość, chciałoby się myśleć, istotnej dla młodych odbiorców, których wtedy nie było jeszcze na świecie. Teatr stara się przemawiać językiem dla tej młodzieży, atrakcyjnym, ale bez jakiegokolwiek schlebiania. Bardzo ograniczone technicznie wyposażenie kameralnej sceny radomskiego teatru nie pozwala na widowiskowe efekty, wymusza skromność. Może nieco więcej należało spodziewać się po aktorstwie: dobrze znana Radomianom Danuta Dolecka nie komplikuje wizerunku betonowej zwolenniczki ścieżek zdrowia, rysuje ją jedną kreską (choć i materiał literacki, mówiąc szczerze, zbyt wielu szans jej w tym względzie nie daje). Karolina Łękawa i Wiktor Korzeniowski wyraźnie hamują ekspresję, pozwalając dojść do głosu bezpośrednim, dokumentarnym relacjom (zwłaszcza w jego przypadku wstrząsającym), ale temu, co powinno być wyrazem już stricte scenicznym - czyli songom - nieco brakuje przekonującego wyrazu. W tej sytuacji spore połacie dramatyzmu odkrywa w sobie Joanna Jędrejek: grana przez nią fryzjerska poczciwość wybuchająca nieoczekiwaną tyradą wściekłości jest i przekonująca, i mocna. Aktorkę trochę zaszufladkowano w postaciach komediowych idiotek, a grywała i poważniejsze role, tak w Radomiu, jak i kiedyś w Opolu.

Przy wszystkich niedostatkach nie da się nie zauważyć, że młodzież wypełniającą radomską scenę kameralną zamurowało: śledzili „Balladę" z ogromną uwagą i wyraźnym przejęciem. Zapewne więc nie jest to ani niezwykle zaskakujący, ani pogłębiony obraz skutków wypadków radomskich 1976 roku, ale - jako przypomnienie czegoś ważnego z niedawnej historii w czasach galopującej amnezji - zdaje się całkowicie na miejscu i dobrze spełnia swoją rolę.

 

Jacek Sieradzki
„Pani Lodzia i ścieżki zdrowia"
www.sztukawspolczesna.org