Pragnienie opętania

01.11.2014


Kobieta-modliszka, kobieta-bluszcz, kobieta-demon - każda zła. Czemu nasz język to właśnie dla płci pięknej zarezerwował tak nieprzyjemne skojarzenia? Zabrzmiało to pewnie dość feministycznie, choć nie taka była moja intencja, ale jednak podobne określenia mężczyzn nie przychodzą do głowy już tak łatwo. Ale od czego jest Scena Kotłownia naszego teatru? Eksperymentalna, offowa - jest doskonałym miejscem, żeby zaprosić na nią mężczyznę-demona - dybuka.
Kim jest dybuk? Duchem, który nie może zaznać spokoju i wchodzi w duszę osoby żyjącej. Na radomskiej scenie powitaliśmy go w połowie września w spektaklu „Dybuk, czyli Demon z Marianpola" w reżyserii Janusza Wiśniewskiego.
Jako pierwszy na scenie pojawia się Anioł, czyli Alan Bochnak. Ta świetlista postać staje się niejako narratorem opowieści, wprowadza widza. Opowiada historię nieszczęśliwej miłości Chanana i Lei, historię rodem z Shakespeare'a. Kiedy ojciec Lei, grany przez Ryszarda Mroza, decyduje o wydaniu jej za innego (red. Piotr Kondrat jako Pan Młody), Chanan umiera z rozpaczy, a „rodzi się" Dybuk. W tej roli widzimy Łukasza Stawowczyka - aktor świetnie spełnia swoje zadanie, poddając się rygorowi właściwemu spektaklom Wiśniewskiego: na scenie staje się popadającym w istny obłęd, rozdartym cierpieniem kochankiem - bez zbędnego przerysowania.
W rolę Lei jako Panny Młodej wcieliła się Agnieszka Rose. Dzięki niej przed oczami widza staje bezwolna, całkowicie opętana przez Dybuka kobieta. Jest jak zahipnotyzowana, nie opiera się, ale to właśnie ten stan zbliża ją do ukochanego - choć on już nie jest Chananem lecz demonem. Paradoksalnie wydaje się, że właśnie opętanie jest tym, co może dać jej ukojenie.
Na ogromne brawa zasłużyła Lea, a właściwie jej pięć wcieleń - Lea Porzucona, Lea Na Dnie, Lea Śniąca, Lea ‘Nie Ma Nadziei' oraz Lea Nieobecna, czyli Joanna Jędrejek, Małgorzata Mikołajczak, Romana Filipowska, Katarzyna Dorosińska oraz Klaudia Kuchtyk. Za każdym razem, kiedy pojawiają się one na scenie w charakterystycznym dla reżysera orszaku, aż chce się wstrzymać oddech. Od tego ponurego korowodu zieje rozpaczą, beznadzieją, tragizmem. Ciarki przechodzą, kiedy z ust tych pięciu mar słyszymy wzruszające strofy o miłości - wiersze Anny Achmatowej, Juliana Tuwima, Maryny Cwietajewej. „Przyjaciółką" tych pięciu dam jest Śmierć - ponura, okrutna, przerażająca, budząca przestrach - wykreowana przez Danutę Dolecką.
Nie ma chyba właściwszego miejsca dla „Dybuka" niż niewielka Scena Kotłownia, usytuowana w podziemiach teatru. Widownia, która pomieści zaledwie kilkudziesięciu widzów, ciężkie, jakby zadymione powietrze - chyba nie można sobie wyobrazić lepszej scenerii dla spektaklu, który doskonale zafunkcjonował w tej kameralnej, mrocznej, niepokojącej atmosferze.
Czym Wiśniewski zdobywa widza? Odpowiedź jest właściwie oczywista: wszystkim - tematem, jego doskonale precyzyjnym zagraniem, charakteryzacją Doroty Sabak, muzyką Jerzego Satanowskiego, choreografią Emila Wesołowskiego, kostiumami Janusza Wiśniewskiego i Romany Filipowskiej - po prostu sposobem myślenia o tej tragicznej acz pięknej historii. Ktoś powie, że ze sceny wieje pesymizmem i pewnie będzie miał trochę racji. Jednak, gdy chwilę się zastanowić, to ta sztuka, którą reżyser dedykuje „tym, którzy tęsknią za Ukochanymi", daje nadzieję - nadzieję na miłość wielką, nieograniczoną, którą to właśnie widzimy w „Dybuku".

Agnieszka Wojciechowska
"OK!Magazyn"