Przekleństwo instrumentu

24.11.2011


Monodram bywa niebezpieczny - z jednej strony, będąc w znakomitej większości przypadków pokazem kunsztu aktorskiego niejako gwarantuje wysoki poziom wykonania, z drugiej o wiele łatwiej o znudzenie czy zawód widowni. A co wtedy, gdy przez niemal cały czas trwania spektaklu monolog postaci skupia się na muzyce klasycznej i elementach instrumentologii? Jak pokazuje radomski „Kontrabasista" Patricka Süskinda, nawet w oparciu o takie tematy można stworzyć coś naprawdę interesującego.

Małe, miniaturowe wręcz, mieszkanko tytułowego muzyka tworzy zaledwie sześć elementów - staromodny fotel i takiż dywan, wieszak na ubrania, fragment ściany z pojedynczym oknem, dwie butelki z piwem i przede wszystkim on - olbrzymi, żarłocznie zawłaszczający przestrzeń kontrabas. Trwa niewzruszenie na swym stojaku przez cały spektakl, na przemian wysłuchując pochwał, słów oddania i nienawistnych przekleństw swojego właściciela (w tej roli Michał Górski). Kontrabasista zabija czas przed wieczornym występem rozmową z nienazwanym i niedookreślonym interlokutorem, zamknięty przed światem w azylu swojego pokoju - z wyciszonymi ścianami i podwójnymi, tłumiącymi dźwięk oknami. Poza krótką chwilą, gdy okno (w celu prezentacji) zostaje otwarte, do wnętrza nie dobiega ani jeden odgłos. Nawet jedyna zagrana na kontrabasie nuta jest niema - zbyt wysoka, by ludzkie ucho mogło ją usłyszeć.

W tej celi ciszy słychać wyłącznie głos muzyka - sfrustrowanego inteligenta, zatrudnionego w Państwowej Orkiestrze, anonimowego trzydziestopięciolatka, wiecznie zasiadającego w ostatnim rzędzie wykonawców (przy trzecim pulpicie). Mimo niskiej pozycji zajmowanej w orkiestrowej hierarchii, jest przekonany o własnej roli w kreowaniu muzycznego dzieła. Instrument, na którym gra, określa go i tłamsi zarazem, stając się w równej mierze oprawcą, jak i przyjacielem. Rozważania dotyczące jego historii, budowy, szczegółów funkcjonowania i statusu stopniowo stają się coraz bardziej nasycone informacjami o życiu mężczyzny - tytuły utworów i nazwiska wirtuozów zaczynają się przeplatać ze wspomnieniami muzyka. Monstrualny kontrabas, dziwaczny, hermafrodytyczny twór (łączący w swym kształcie cechy skrzypiec i gamby) staje się w miarę opowieści odbiciem swego właściciela - poszukującego sensu własnej tożsamości artysty - urzędnika, muzycznego rzemieślnika zatrudnionego na państwowej posadzie bez możliwości awansu.

Michał Górski kreuje swoją postać umiejętnie, z dużą sympatią i zrozumieniem dla bohatera, chociaż momentami jego gra jest nierówna - zbyt szybko przechodzi od półgłosu do wrzasku, miejscami niepotrzebnie przyspiesza, a jego ton staje się równie chropawy jak brzmienie kontrabasu.
Mimo tego melodia całości pozostawia pozytywny wydźwięk. Paradoksalnie, to nie dzięki krótkiej scenie szlochu kontrabasista staje się ludzki. Prawdę jego osobowości tworzy emfaza, z jaką prezentuje swój fach. Górski nie szuka zbędnych ozdobników w swoim monologu, nie stara się omamić widza gładkim, oszlifowanym pięknem aktorskiego warsztatu. Przeciwnie, prawdziwą klasę pokazuje w swej niedoskonałości - drażniącej, ale równie elementarnej jak obecność kontrabasu w orkiestrze. Na scenie opowiada o sobie. O aktorze. O kontrabasiście.

Ten krótki, zaledwie pięćdziesięciominutowy spektakl urzeka minimalizmem środków przy zachowaniu całej realności przekazu. Twórcom nie chodzi o nadanie tej scenicznej nowelce szczególnej siły wyrazu czy reinterpretację tekstu dramatu. Nie ma tutaj erudycyjnego dialogu z widzem, zabawy w poszukiwanie ukrytych nawiązań i kontekstów. Nie ma gwałtownych wzruszeń ani wybuchów śmiechu. Jest tylko zwykły człowiek, który chce nam coś opowiedzieć. I nie robi tego ani dobrze, ani źle. Po prostu opowiada.

 

e-splot
Rafał Kołsut
21.11.2011