"7 lekcji dla zmarłych" - katharsis we współczesnym wydaniu

25.09.2012



W sobotę 22 września miałem okazję uczestniczyć w wyjątkowych korepetycjach w radomskim Teatrze Powszechnym. Będąc wciąż żywym, jak mi się przynajmniej zdawało, dostałem kilka lekcji. Dokładnie siedem. „7 lekcji dla zmarłych" to najnowsza premiera Teatru im. Jana Kochanowskiego. Korepetytorem jest Janusz Wiśniewski.


Kiedyś Grecy wierzyli, że dusze po śmierci piją wodę z podziemnej rzeki Leto, po czym zapominają o wszystkim, co jest związane z życiem ziemskim. Tylko surowa, świeża krew może im przywrócić świadomość i pamięć. Udział w spektaklu jest taką mistyczną podróżą.

Miałem wrażenie, że przekroczenie drzwi wejściowych do sali kameralnej teatru jest jak tak samo przejmujące, jak przejście granicy między życiem i śmiercią. Jest nam to bardzo wyraźnie dane do zrozumienia podczas spektaklu. Pan, który włada losem jednej z udręczonych postaci - Cieniem, jest również naszym panem. Siedzi milczący i przygląda się nam z cynicznym uśmieszkiem. Postacie ze sceny parokrotnie mówią o zjawach i duchach, patrząc w stronę zaciemnionej widowni.

Nasze wyobrażenia o świecie zmarłych są takie skąpe, ciężko nam zrozumieć, co się dzieje, gdy serce przestaje bić i zatrzymuje się mózg. Dzięki spektaklowi mamy szansę spojrzeć na żywych zza grobu. Jest bardzo dziwnie. Na początku wygląda całkiem przyjemnie i obiecująco. Panny młode w białych welonach obserwują się z zaciekawieniem. Biały welon, przedślubna ekscytacja, obietnica życia we dwoje. Powinno to nam się kojarzyć z czymś przyjemnym, być zapowiedzią nowego i świeżego. Życia przepełnionego szczęściem, namiętnością, wzajemnością i miłością. Czekamy na to, kierując się jeszcze swoją ziemską żywą logiką, ale coś jest nie tak. Jesteśmy świadkami czegoś zupełnie innego. Słuchamy kilkunastu odrębnych historii, opowiedzianych tajemniczym i trudnym językiem.

Gdy wieje wiatr, przepełnia nas niepokojem i poczuciem winy. To jest taki wiatr, po którym na drzewach zawisają rozczarowani życiem samobójcy. Gdy przychodzi maj, nie jest zielono i kwitnąco. Jest groza, sponiewieranie i gwałt. Gdy patrzymy na zachodzące słońce, nie budzi w nas poczucia piękna i spełnienia - jest żarem goryczy i tęsknoty rozgrzanym do czerwoności i palącym serce, rozrywającym je z bólu. Woda i akt obmycia nie przynosi ulgi tylko splątuje włosy i sprowadza ciężkie myśli.

Spektakl jest przytłaczający, czujemy się na nim jakbyśmy się opili tą legendarną krwią przywracającą pamięć o naszym życiu na ziemi. Tylko przypominają nam się wszystkie zmarnowane okazje, niewykorzystane szanse, chwile strachu i zwątpienia. Z perspektywy umarlaków otrzymujemy te momenty, w których zaniechaliśmy działań generujących miłość. Ból, jaki zadaliśmy innym osobom staje się wręcz namacalny.

Jesteśmy z wielką dokładnością i z męczącą starannością oprowadzeni po świecie Cienia. Przewodnik jest skrupulatny, pokazuje wszystko, co zostało zamiecione pod dywan. Ujrzenie to z tej perspektywy doprowadzić nas może do granic wytrzymałości.

W pewnym momencie władca Cienia lituje się nad nim. Dostaje on zastrzyk zapomnienia z kwiatu lotosu. Ten zastrzyk nie jest jednak biletem do raju. Jest zaledwie aktem łaski. Daje jedynie możliwość kontynuowania drogi do wciąż odległej Itaki. Oto podarowane zostaje nam jeszcze jedno życie. Znów mamy szansę przeżycia go najlepiej jak potrafimy i w taki sposób, żeby przerwać błędne koło udręki. Możemy wyjść z sali, opuścić scenę i cień i to udowodnić.

Michał Nowotnik
www.cozadzien.pl
24.09.2012