"Anna Karenina" w Radomiu

10.10.2013

Adaptacja arcydzieła Tołstoja to nie lada wyzwanie. Grigorij Lifanow - wybitny reżyser i wykładowca sztuki aktorskiej stawia mu czoła. Po sukcesie "Zbrodni i kary" znów zabiera nas do Petersburga. Tym razem omijamy mroczne zakątki miasta nędzy i ubóstwa, by trafić do wytwornego, arystokratycznego świata, gdzie w śnieżnym zamęcie rodzi się głośny romans.

Za sprawą Wojciecha Stefaniaka (scenografia) zwiedzamy petersburskie salony. Kostiumy autorstwa Zofii de Ines i nakrycia głowy Doroty Morawetz tworzą kolorowy pejzaż rosyjskich elit. Projekcje video Pawła Czerwińskiego i opracowania muzyczne Grzegorza Jabłońskiego doskonale uzupełniają obraz metropolii nad Newą. Muzyczne romanse, śpiewane w języku rosyjskim nadają sztuce nieco operowego klimatu, zwłaszcza, gdy słucha się ich siedząc w ostatnich rzędach widowni. Z tej perspektywy nie da się dostrzec emocji na twarzach aktorów. Szuka się więc ich w mowie, zachowaniu, odruchach, języku ciała. Być może dlatego postać Dziada (Wojciech Ługowski) owiniętego w łachmany i mruczącego pod nosem jest dla oddalonego od sceny widza niezrozumiałym i zbyt banalnym motywem.

Niezwykle autentyczną postać tworzy Jarosław Rabenda. Karenin w jego interpretacji staje się kimś wyjątkowym. Widz z wielkim zaciekawieniem podąża za silnymi odczuciami zdradzonego, konserwatywnego męża. Każdy moment Rabendy na scenie jest doskonały i porywający.

Przy tak wyrazistej postaci Aleksego Karenina rola jego niewiernej żony - Anny staje się jeszcze większym wyzwaniem. Być może dlatego Katarzyna Dorosińska wydaje się zbyt młoda, zbyt delikatna by jemu podołać. I chociaż gra bez zarzutów, jest świetną aktorką, to widz cały czas szuka w niej tej dojrzalszej i bogatszej w emocje Kareniny Tołstoja. A gdyby tak w rolę tytułowej bohaterki wcieliła się... Joanna Jędrejek? Ta piękna, niezwykle charyzmatyczna aktorka teatru radomskiego nawet w foyer budzi arystokratyczny klimat swoim wdziękiem i stylem. Na scenie z pewnością stworzyłaby niezapomnianą postać matki, żony i kochanki na miarę bohaterów Tołstoja. Tymczasem świetnie sobie radzi jako Lidia Iwanowa.

A gdzie porywający, namiętny Aleksy Wroński?! Czy to właśnie dla takiego mężczyzny Anna poświęca wszystko? O swoim niebywałym talencie Marek Braun przekonał nas już wiele razy, chociażby i w mistrzowskiej roli Raskolnikowa w "Zbrodni i karze." Tym razem, jako Aleksy Wroński nie jest autentyczny. Jego opowieść o zakazanej, skradzionej miłości nie porywa widza.

Pierwsza część spektaklu zachwyca i angażuje. Jej zaskakujące zakończenie pobudza ciekawość i zaostrza apetyt. Druga - mniej dynamicza, nieco się przedłuża.

Obszerny wątek stanowi tu rola ówczesnego społeczeństwa, które symbolizują plotkujące damy potępiające romans Kareniny. Ich pstrokate, pozłacane stroje i wspólnie powtarzane zdanie: " ach ci mężczyźni" trącą disneyowskim klimatem. Niczym złe siostry Kopciuszka na balu u księcia, symbolizujące okrutny, nietolerancyjny świat w jakim żyje Anna.

Grigorij Lifanow, w swojej adaptacji arcydzieła Tołstoja nie uwspółcześnia klasyki. Jego adaptacja jest dość ładnym obrazkiem świata ze słynnej powieści, zgrabnie przeniesionym na deski teatru. Po prostu miło się go ogląda.

Ciekawe, jak dziś żyłoby się Kareninie? W świecie, w którym perfekcyjnie zaciera się granice między dobrem a złem. To dopiero byłby materiał do przemyśleń!

Czyżby nad "Anną Kareniną" ciążyło jakieś fatum? Ani kino, ani teatr nie sprostały jeszcze wyzwaniom, jakie stawia przed nimi jedna z najdoskonalszych powieści psychologicznych.

Pewnie znajdą się śmiałkowie i podejmą się kolejnych adaptacji. Ich sytuację porównałabym do sytuacji Kareniny - jak mawiał sam Tołstoj: " człowieka w labiryncie, głodnego, który łaknąc sięga po chleb, ale nie wie, że chleb jest zatruty..."

Małgorzata Ziewiecka
www.coolturalnyradom.pl
1.10.2013