"Annę Kareninę” ogląda się z prawdziwą przyjemnością.

30.09.2013

 

"Annę Kareninę" - zaprezentowaną w piątek najnowszą premierę w radomskim Teatrze Powszechnym, ogląda się z prawdziwą przyjemnością.

Uroda spektaklu przyćmiewa nawet wszystkie skróty, uproszczenia a nawet wynikające z nich naiwności, jakich reżyser nie mógł się ustrzec przenosząc na scenę epickie dzieło Lwa Tołstoja.

Pierwsze sceny przedstawienia: konflikt u Obłońskich, pojawienie się Lewina, przyjazd Anny i poznanie z Wrońskim, ich wzajemne miłosne porażenie, ślizgawka z Kitty..., z uwagi na wielość i nadmiar zdarzeń zdają się nieco karkołomne dla widza.

Powoli jednak z tych ułamków fabuły wyłania się sensowna całość.

Z mnogości postaci i wydarzeń powieści reżyser, Grigorij Lifanov, wydobywa wątek najważniejszy: miłosny trójkąt Anna -Aleksy Karenin i Aleksy Wroński.

Anna w interpretacji Katarzyny Dorosińskiej zdobywa z miejsca publiczność. Trudną rolę Anny Dorosińska buduje bardzo stonowanymi środkami wyrazu, nadając swej postaci urok a jednocześnie obdarza ją psychologiczną głębią.

Mocno akcentuje też emocjonalne rozdarcie pomiędzy miłością do synka i uczuciem do Wrońskiego.
Ma wiele momentów bardzo przekonywujących i wzruszających, jak, na przykład, sceny z Sieriożą czy scena choroby po porodzie.

Młoda aktorka jest także jakby stworzona do XIX wiecznego kostiumu: piękne suknie zaprojektowane przez Zofię de Ines leżą na Annie wprost cudownie.

Nieco słabiej, przynajmniej na początku sztuki, wypada Marek Braun jako Wroński. Aż chce się spytać: za kim ta Anna tak szaleje? On ma przecież być także ogarnięty miłosnym szałem. Tymczasem jest chłodny i obojętny. Nie przekonuje do swojej miłości.

Współczuć należy natomiast Kareninowi. Jarosław Rabenda jako zdradzony mąż jest bardzo wiarygodny. Gubi się, nie ogarnia tego, co się stało. - Ja to jeszcze zniosę. Ale co salon powie na to?- pyta. Jego uporządkowany i usystematyzowany świat wali się w raptem w gruzy.

Gdzieś w tle miga wątek Kitty - Lewin (Maria Gudejko i Adam Majewski, i rodziny Obłońskich, (Stiepanem Obłońskim jest Wojciech Wachuda a Dolly - Maria Gudejko.)

Wszyscy pojawiający się na scenie aktorzy tworzą pod wodzą reżysera arcycieklawą galerię postaci.

Także siedmioosobowa grupa pań i panów uosabiająca arystokratyczny salon , która niby grecki chór komentuje wydarzenia, włącza się do akcji i intonuje śpiew rosyjskich romansów.

Romanse są tłem dla miłości. Ubarwiają też spektakl, który ma bardzo oryginalną formę. Dopomaga jej scenografia Wojciecha Stefaniaka w postaci lekkich metalowych konstrukcji, które w miarę upływu akcji można przestawiać i oświetlać w dowolny sposób.

Wykorzystana scena obrotowa nadaje spektaklowi rozmach a taniec - ekspresję i żywioł. Tym bardziej, że motywem przewodnim muzyki jest walc "Maskarada" Chaczaturiana.

- Miłość jest wieczna - mówił przed premierą Grigorij Lifanov.- Jeżeli ktoś nawet nie zna książki, ta "Anna" ma zachęcić go do przeczytania powieści.

Daj Boże, by tak się stało.


Barbara Koś
"Echo Dnia"
28.09.2013

 

 

Z komentarzy internautów:

Para zakochanych bardzo mi się podobała. Ale nigdy takiej miłości, w takich warunkach nie chciałabym przeżyć.


ZDECYDOWANIE POLECAM. Byłam na premierze i uważam, że spektakl niesamowity! Ja od samego początku widziałam w oczach Wrońskiego miłość do Anny. Szkoda mi było Karenina, który moim zdaniem postąpił właściwie. Świetnie dobrana obsada. Cudownie po prostu!