"Brata" ogląda się z zapartym tchem i przerażeniem

29.03.2011

 

W Powszechnym "Brat naszego Boga" Karola Wojtyły

"Brat naszego Boga" Karola Wojtyły w reżyserii Andrzeja Rozhina pokazany w niedzielę w Teatrze Powszechnym to przedstawienie jednej roli: Janusza Łagodzińskiego. Spektakl pokazuje też, do czego może prowadzić wszelka skrajność.

Swój do szczegółu przemyślany spektakl Andrzej Rozhin rozpoczyna od - obyczajówki. Oto malarska brać, grupa młodych rozbawionych ludzi, wychodzi z teatru odprowadzając aktorkę Helenę (Ewa Trochim), komplementując ją za sceniczną rolę. W tle lekka muzyka ( kompozytor, Andrzej Zarycki dopiero wprowadza nas w swoje dzieło), jest trochę żartów i nagle pada deszcz. Grupa chroni się w miejskiej ogrzewalni, będącej noclegownią krakowskich bezdomnych. Dla bohaterów wieczoru ten fakt niczego nie zmieni. Tylko Adam Chmielowski przemieni od tego momentu swoje życie.

Janusz Łagodziński jako Adam Chmielowski powoli wyłania się z tła. Jest sympatyczny, nieśmiały, grzeczny...Nie podnosi głosu. Nie przekonuje agresywnie kolegów o swojej racji. Nie robi tego także w stosunku do bezdomnych. Nawet wtedy, kiedy przychodzi do nich po raz pierwszy i zostaje wyśmiany i wygnany. Kiedy Nieznajomy (Piotr Kondrat) namawia go do wzniecenia rewolucji wśród mieszkańców noclegowni.

Janusz Łagodziński stopniowo pokazuje narastający w nim obłęd. Widać to wyraźnie, kiedy ponawia wizyty w ogrzewalni. Kiedy w pracowni odwiedzają go wuj Józef i Marynia, próbując namówić do wyjazdu na wieś. Kiedy Adam podchodzi do swego obrazu "Ecce homo" mówiąc: Wyniszczyli Cię - Przy tym pozostałeś piękny. Takie piękno nazywa się Miłosierdzie. Kiedy rozmawia z wizerunkiem Chrystusa widocznym na obrazie. Kiedy mówi o rozterkach, jak ciężko jest mu się wyrzec samego siebie. Kiedy nie jest zachwycony ze swego obrazu. Kiedy myśli, że wszystkie obrazy powinien spalić. Nawet wtedy kiedy spowiednik (wyrazisty Włodzimierz Mancewicz) mówi mu : Daj się kształtować Miłości.

Tylko żebrak jest godzien

Sztuka czy służba ubogim? Chmielowski wybiera: służba. Ale jeśli już - trzeba stać się żebrakiem jak oni. Tylko żebrak godzien jest pomagać żebrakowi. Kiedy muzyk, Hubert (wspaniała rola Marka Brauna) trafia z pragnieniem wstąpienia do zakonu, Albert nie przyjmuje go i nakazuje dalej szukać powołania, gdyż jest zbyt "bogaty". Nie zauważa Boga w ubóstwie. Zdaniem Alberta ubóstwo jest cierpieniem, które przybliża do Boga, daje wolność i prawdziwe bogactwo.

Owładnięty obsesją brat Albert takiż warunek stawia swoim współbraciom: ubóstwo. Żebractwo. Ideę pomocy posunie do formy skrajnej. I przegra. Nie pojmą jego myślenia zakonnicy. Dlatego w zakonie zrodzi się bunt przeciwko Albertowi.
- Nie zrozumieliście mnie - szepce Albert. - A może to moja wina?..

Jest więc zwycięzcą czy zwyciężonym?... Kreacja Janusza Łagodzińskiego ma siłę rażenia.

Przedstawienie ma wiele pięknych scen. Na przykład kiedy Adam recytuje wiersz Wojtyły skierowany od zmarłej matki "Nad Twoją białą mogiłą".

Jeszcze więcej jest scen budzących grozę. To te w noclegowni dla bezdomnych, określających się jako ofiary ustroju. I co z nimi?... - Bo ja - to prawda - ja chciałem się wykupić... - mówi Adam. - Tu jakieś palto, tam jakiś bochen chleba, tu kogoś na nocleg ... A to wszystko nic nie znaczy... bo tak zostają ciągle dziady, łachmaniarze, ulicznicy...

A my? Co możemy zrobić dla ubogich? Wigilię dla bezdomnych?

Adaptując na scenę tekst dramatyczny, sztuki, reżyser, Andrzej Rozhin, uzupełnił go innymi pismami papieskimi, artykułami, a także korespondencją Chmielowskiego z Heleną Modrzejewską. Nie dokonał żadnego uwspółcześnienia. Powstało samo. Dlatego tego "Brata" ogląda się z zapartym tchem i przerażeniem.

Barbara Koś "Echo Dnia"
29.03.2011