"Cabaret"- oniryczny Berlin i widmo zagłady

27.03.2015

 

W piątek, w Międzynarodowy Dzień Teatru, Teatr Powszechny im. Jana Kochanowskiego zaprasza na wyjątkowy, przygotowany z niezwykłym rozmachem spektakl - "Cabaret" w reż. Waldemara Zawodzińskiego. - "Cabaret" jest bardzo mądrym wyborem, bo to pozycja, która stale będzie w klasyce gatunku - mówi reżyser.


"Cabaret" to słynny, oscarowy film Boba Fosse'a z niezapomnianymi kreacjami Lizy Minnelli, Joela Grey'a czy Michaela Yorka i takimi przebojami jak "Money, Money". Film powstał w oparciu o kultowy, broadwayowski musical.

- Twórcy "Cabaretu" są wybitni, ale też źródło inspiracji niezwykłe. Mamy tu Berlin w okresie międzywojennym, świat liże rany, obraz człowieka mocno został zmieniony. Okrucieństwo było zawsze, ale nagle weszła technologia zabijania, a więc nastąpiła eskalacja okrucieństwa. Zmienił się porządek świata, powstają nowe państwa, budzi się świadomość narodowa. Po tak dramatycznym zawirowaniu historii następuje czas, który wcale nie łagodzi i nie wyprowadza rzeczywistości na prostą. Oto w tym przedziwnym okresie pomiędzy wojnami jest moment złudny, wszyscy pragnęliby spokoju, ale już czujemy, rodzi się lęk, że I wojna światowa to jedynie wstęp do tego, co człowiek może drugiemu człowiekowi zgotować - opowiada Zawodziński.

Miasto pułapka

Berlin w tym okresie był miejscem absolutnie szczególnym. - Co jakiś czas i na to składa się wiele czynników, nagle jakieś miasto zostaje wykreowane kulturowo i społecznie na mekkę artystów, ludzi, którzy spodziewają się, że właśnie w tym miejscu doświadczą czegoś niepowtarzalnego. Berlin był, wielokrotnie się to w musicalu mówi, swoistą pułapką, miastem, które wydzielało zatrute miazmaty, ale jednocześnie miało wiele do zaoferowania, kusiło - podkreśla reżyser.

Część akcji dzieje się w kabarecie. Jak opowiada Zawodziński, twórcy zainspirowali się esencją niemieckiego kabaretu, który z jednej strony był bardzo ostrą satyrą, a z drugiej - ucieczką. - Satyra była próbą obśmiania rzeczywistości, oswojenia jej, pokonania. W kabarecie zawsze obecna, ważna i eksponowana była sfera erotyczna. Drugi, bardzo ważny biegun jest poetycko-liryczny, więc kabaret był konglomeratem, widowiskiem, który miał w sobie elementy rewii, burleski, farsy, wodewilu - tłumaczy reżyser.

Utracjusze i artyści

W latach 30. XX w. w tętniącym życiem Berlinie kabarety były bardzo ważnymi miejscami spotkań i wykluwania się idei, myśli. To była soczewka, która skupiała wiele różnych spraw. Wśród odwiedzających je byli utracjusze, ale też ludzie żądni przygód, obyczajowego wyzwolenia, zasmakowania takiego stylu życia, na jaki być może w innych europejskich miastach nie mogliby sobie pozwolić. - Berlin tych lat był bardzo wyzwolony i perwersyjny. Przyciągał niezwykłych artystów, ale też tych, którzy chcieli nimi być. Mamy tu bardzo pięknie zbudowaną postać głównego bohatera, Cliffa. Bóg dał mu pragnienie kreowania, pisania, a nie dał talentu, to postać dramatyczna - wyjawia Zawodziński.

Bardzo trudno się było z tego Berlina wyzwolić. Musical pokazuje miasto jako fenomen. - Berlin jest tu oniryczny, wielokrotnie mówi się: a jeśli to jest sen? Motyw dziwnego, fascynującego i upiornego jednocześnie snu przewija się, mamy przenikanie się rzeczywistości bohaterów i sceny kabaretu. W którymś momencie, co mocno podkreślamy w inscenizacji i scenografii, bohaterowie są, jakbyśmy dziś powiedzieli - na haju. Nie do końca wiadomo, gdzie jesteśmy, Berlin działa trochę jak permanentnie zażywany narkotyk. Wyrwać się z niego, to problem prawie wszystkich głównych bohaterów, nie sposób. Mimo że to jeszcze jest ten ostatni moment, w którym można kupić bilet i wyjechać do Paryża, najprostsze okazuje się najtrudniejsze - zaznacza Zawodziński.

Jak ćma do świecy

Czy sam reżyser zostałby w Berlinie, czy uciekł?

- Z jednej strony mam spory instynkt samozachowawczy, ale z drugiej ulegam presji aury, usidleniu. Jeśli coś usidli moją duszę, to moje racjonalne i praktyczne myślenie schodzi na plan dalszy. Gdy się w czymś rozmiłuję, to jest silniejsze niż aspekt: czy to mnie buduje, czy mnie niszczy? Mimo wszystko mnie bliżsi są ci, którzy zostają, ich niemoc wyrwania się, szczególnie w przypadku Sally. Ona ma naturę takiej ćmy lecącej w płomień świecy. Fascynacja zjawiskami niebezpiecznymi, nawet, jeśli jest destrukcyjna, może tak człowieka usidlić, że wyrwać się nie sposób, zwłaszcza dla natur o pewnym typie wrażliwości. Ja bym chyba został - wyjawia reżyser.

Widmo wojny

Czy współcześni będą w stanie zrozumieć aurę "Cabaretu", nastroje międzywojennego okresu?

- Moje pokolenie nie przeżyło wojny, ale ma ją gdzieś w pamięci, z tyłu głowy, to są opowieści rodziców, dziadków, leczenie ran. Wzrastałem we wspomnieniach o wojnie i w jej pokłosiu, czyli komunizmie, socjalizmie. Ale, mimo wszystko, czegokolwiek nie powiedzieć o tych niełatwych czasach - to nie była wojna. Przyzwyczailiśmy się przez wiele lat od wojny, zwłaszcza pokolenia, które urodziły się już w wolnej Polsce, do tego, że pokój jest wartością daną. Gdzieś na świecie ciągle toczą się wojny, ale powolutku zaczyna nas to coraz bardziej dotykać. Teraz prawie bezpośrednio, bo u sąsiadów, toczy się właśnie wojna, giną ludzie. I Europa jest dość bezradna wobec tych zdarzeń. Poczucie bezpieczeństwa zostaje zakwestionowane. Nagle uświadamiamy sobie, że wojna nie jest taka nierealna, że należy się jej naprawdę bać. To jest klimat z "Cabaretu". Oby nie było dramatycznego finału - mówi reżyser.

W "Cabarecie" nie ma ofiar jako takich, tam wszystko dzieje się metaforycznie, mówi się o bojówkach, które biją ludzi, giną pojedynczy ludzie, ale my wiemy, że z epidemii zła będzie pandemia. - Mamy tu do czynienia ze śmiercią miłości. Dwie pary, w różnym wieku, pokochały się w tych złych czasach. Te miłości nie mają racji bytu w tej rzeczywistości, one są zabite, to jest bardzo pięknie pokazane. My z dzisiejszej perspektywy wiemy, co było dalej, twórcy nie muszą silić się na dosłowność, wystarczyło pokazanie, że w tym świecie nie będzie miejsca na miłość - konstatuje.

Żywioł na scenie

Prócz niemal wszystkich aktorów "Powszechnego" na scenie zobaczymy dzieci, siłaczy, piosenkarzy, tancerzy i orkiestrę na żywo!

- Związek śpiewającego aktora z instrumentem w kabarecie jest czymś tak intymnym, że nie wyobrażam sobie, by mogło to pójść z taśmy. To coś niepowtarzalnego, coś żywego, powodującego, że song ma swoją namiętność. Playbacki i półplaybacki zabijają prawdę emocjonalną, którą przekazuje się w piosence - wyjaśnia Zawodziński, który odpowiedzialny jest w "Cabarecie" również za inscenizację i scenografię.

Kostiumami zajęła się Maria Balcerek, choreografią Edyta Wasłowska, a kierownictwem muzycznym Teresa Stokowska-Gajda.

Premiera 27 marca, w piątek na Dużej Scenie o godz. 19. Kolejne spektakle 28 i 29 marca, również o 19, a także 9, 10, 11 i 12 kwietnia o godz. 18. "Cabaret" powróci na scenę Powszechnego także w maju i czerwcu.

Katarzyna M. Wiśniewska
"Gazeta Wyborcza"
27.03.2015