"Szalone nożyczki" tną ostrym dowcipem

04.01.2012



Dużo spontanicznej radości, aktywna publiczność w roli świadków zbrodni, świetne aktorstwo - w radomskim teatrze śmiejemy się na doskonałej komedii. "Szalone nożyczki' naprawdę są szalone.

 

Można oczywiście powiedzieć, że sztuka Paula Pörtnera wystawiana na całym świecie od 30 lat i bijąca w ten sposób (poza musicalami) rekord Guinnessa to taki teatralny samograj. Że tekst naszpikowany dowcipami i sytuacjami komediowymi, wzmacnianymi kryminalnym wątkiem, broni się sam. Ale to przecież nieprawda. Trzeba niezwykłego kunsztu reżyserskiego w takim poprowadzeniu aktorów, by to co widzom wydaje się improwizacją, wcześniej solidnie przygotować. I to udało się Jerzemu Bończakowi znakomicie. Znany aktor (i w tym przypadku reżyser) po raz kolejny udowodnił, że jest specjalistą od tego niełatwego gatunku. Sam nie zagrał w przedstawieniu, powierzając rolę Tonia Wziętego aktorowi, który gra właściciela salonu fryzjerskiego od ponad 10 lat. I to również był świetny wybór. Jacek Łuczak nie dość, że daje popis swoich umiejętności kreacyjnych, to jeszcze nawiązuje doskonały kontakt z publicznością. Podczas niedzielnego spektaklu na sugestię nastolatka, by komisarz prowadzący śledztwo w sprawie zbrodni, bliżej zainteresował się fryzjerem, odparowuje bez namysłu: "A nie powinieneś raczej wrócić do "Harry'ego Pottera"?

Podobnych momentów, także z udziałem pozostałych aktorów (Natalia Rzeźniak - Barbara, Adam Majewski - Edward, Danuta Dolecka - "posłowa" Dąbkowa, Wiktor Korzeniowski - policjant), jest bardzo dużo. Ze swojej roli znakomicie wywiązuje się także publiczność; obawy, że nie zechce "współpracować" z policyjnym komisarzem (w tej roli bardzo dobry Jarosław Rabenda) zupełnie się nie sprawdziły. Widzowie zadają pytania, naprowadzają na kolejne motywy morderstwa, odczytują zapiski przekazane przez śledczego, wchodzą na scenę, by zadzwonić pod wskazany numer...

Być może nie wszystkim będzie odpowiadał rodzaj poczucia humoru Tonia Wziętego i będą sarkać, że reprezentuje on poziom nie najwyższy. W rodzaju takiego żartu: "Wiecie jak zrobić sok z buraka? Wrzucić granat do bmw" (samochodem takiej marki podjeżdża pod zakład fryzjerski jeden z bohaterów używający m.in. formy językowej "poszłem"). Pamiętajmy jednak, że choć jesteśmy w miejscu tzw. kultury wysokiej (teatr), to na czas przedstawienia przenosimy się nie gdzie indziej tylko do zakładu (wiem, że właściciele wolą używać nobilitującej nazwy "salon"!) fryzjerskiego. A tam, wiadomo, niemal jak w maglu... Rozmawia się o wszystkim, plotkuje...

Śmiem twierdzić, że "Szalone nożyczki" w Teatrze Powszechnym też pobiją rekord Guinnessa, a także pobiją na łeb, na szyję we frekwencji i "Siostrzyczki", i "Czego nie widać". Całkiem zresztą słusznie.

 

Bożena Dobrzyńska
www.mojradom.pl 2.01.2012

 

fot. M. Strudziński