Radom jest OK!

26.06.2010

 

 

O teatrze i nie tylko w wywiadzie dla RadomNews.pl opowiada Zbigniew Rybka - dyrektor Teatru Powszechnego, laureat Radomskiej Nagrody Kulturalnej za rok 2009.

 

Magdalena Gorczyca: 9 premier, 350 spektakli, 75 tys. widzów, dochód ze sprzedaży biletów w granicach 1,5 mln - to imponujący bilans zeszłorocznej działalności teatru. Jakie czynniki miały na to wpływ?

Zbigniew Rybka (dyrektor Teatru Powszechnego im. Jana Kochanowskiego): Praca. Praca wielu fantastycznych osób. Aktorów, pracowników technicznych. Całego zespołu. Co poza tym? Pojawił się w teatrze repertuar. Repertuar, który widzowie chcieli oglądać. Został określony cel działań, który nadał naszej pracy dynamiki i sprawił, że stała się ona skuteczna.

Jak ocenia Pan działalność swoich poprzedników?

- Teatr w Radomiu ma stosunkowo krótką historię. Trzydzieści lat jego działalności to zaledwie kilka dyrekcji. Rozumiem, że pytanie dotyczy moich bezpośrednich poprzedników. Co mogę powiedzieć o ich pracy? Tak się składa, że nie znam twórczości panów Sroki i Tochowicza, więc nie mogę wypowiadać się na ten temat. (...) Poza tym, uważam, że ocenianie pracy poprzedników jest niegodne. To łatwy żer dla ludzi słabych, nielojalnych wobec zawodu i branży, dla osób, szukających w ten sposób uzasadnienia dla własnej obecności miejscu, w którym się znaleźli. Czasem komentowanie pracy poprzednika jest i pozostaje jedynym "osiągnięciem" następcy. Nie potrafię i nie chcę dołączyć do grona tego rodzaju krytyków.

Pełnił Pan funkcję dyrektora w rzeszowskim Teatrze im. W Siemaszkowej, czy planując rozwój radomskiej sceny, korzystał Pan ze wcześniej sprawdzonych metod?

- Trudno to jednoznacznie określić. Zawsze korzystamy z doświadczeń nabytych w przeszłości. Nie układają się one jednak w katalog metod, sposobów czy recept. W każdym razie, nie dysponuję żadnym listą zasad prowadzących do sukcesu. Własne doświadczenie oraz znajomość pewnych ogólnych mechanizmów pozwalają rozpoznać środowisko pracy i dobrać takie zachowania, które najpewniej przyniosą oczekiwany skutek. Trzeba zdefiniować miejsce, jego potrzeby, ambicje, zgromadzić zespół odpowiednich ludzi i wybrać właściwe sposoby... Jestem przekonany, że każde miejsce i każdy zespół z jego różnorodnym dorobkiem, doświadczeniem i oczekiwaniami wymaga odrębnego traktowania. Nie ma dwóch identycznych środowisk. Bezkrytyczne przenoszenie doświadczeń z jednego miejsca na drugie jest nieporozumieniem lub aktem niemocy i nie przynosi niczego oprócz zmarnowanego wysiłku i energii. O Rzeszowie staram się nie pamiętać, bo to dla mnie wyjątkowo przykre miejsce.

Czy ma Pan szczególne wymagania wobec reżyserów i aktorów, z którymi podejmuje Pan współpracę?

- Tak. Mam takie wymagania. Zawsze oczekuję, że na scenie będą działać z pasją i talentem, bo efekt ich pracy musi być nietuzinkowy, niebanalny. Musi "zjadaczy chleba przemieniać w anioły"

Tomasz Dutkiewicz - zapytany o współpracę z radomskim Teatrem Powszechnym powiedział, w jednym z wywiadów: "Bardzo lubię tutejszy zespół. Uważam też, że jest tu znakomita scena, która daje ogromne możliwości inscenizacyjne." A jakie mocne strony Pan dostrzega?

- To prawda. Scenę mamy wyśmienitą. Jednakowoż sama scena, jej architektura, niczego nie załatwiają. Radomski Teatr ma świetny zespół aktorów. Zespół ten ciągle się kształtuje, zmienia, ale zmiany budują go i wzmacniają. Powodują, że można przed nim stawiać coraz inne, ważniejsze i trudniejsze zadania. Jest tu też znakomity zespół techniczny i pomocniczy. Doświadczony, oddany swemu teatrowi i miastu. Nie mogę nie powiedzieć o dobrych relacjach z Organizatorem. Niech to wyznanie nie brzmi ani jak banał, ani tanie pochlebstwo. Mam wrażenie, że czasem nie tylko suma przelewanych na konto teatru pieniędzy, ale te relacje właśnie decydują o sukcesie. Co prawda niektórzy mówią, że najlepiej jest, jeśli ograniczają się one do owego przelewu właśnie, ale ja nie podzielam tego zdania. Co jeszcze? Rzecz najważniejsza... Teatr w Radomiu ma widzów...

Spore emocje wzbudzały m.in. castingi do "Carmen Latina". Czy podczas takich przesłuchań, w których udział może wziąć praktycznie każdy, zdarzają się nieoszlifowane diamenty? Czy ta metoda będzie praktykowana częściej?

- Do tej pory z tego sposobu wyłaniania części obsady z dobrym rezultatem korzystaliśmy dwukrotnie i - jak sądzę - będziemy posługiwali się tą metodą w przyszłości. Daje ona szansę dotarcia do optymalnego rozwiązania oraz pozwala na inspirujące poszerzenie zespołu aktorskiego. Ma to znaczenie zarówno dla etatowych aktorów, którzy mają szansę spotkania się w pracy z nieznanym partnerem, jak i dla widzów, którzy mogą poznać nowego interesującego artystę.

Zwiększa się liczba widzów, spektakli i wpływów z biletów, ale wystawienie każdej sztuki pociąga za sobą spore koszty, a przecież są i inne przedsięwzięcia, jak m.in. Międzynarodowy Festiwal Gombrowiczowski

- Staramy się tak gospodarować, żeby nie narażać teatru na finansowe kłopoty. Nasze spektakle, jeśli nie każdy z osobna, to jako całość, muszą się bilansować. Czyli staramy się tak działać, żeby suma kosztów wystawienia sztuk nie była większa od sumy wpływów, jakie wystawienie tych sztuk przyniosło. Przy starannej gospodarce osiągnięcie takiego stanu jest możliwe. Festiwal Gombrowiczowski jest z jednej strony częścią programu artystycznej działalności teatru, z drugiej - ważnym znakiem identyfikującym nasz teatr i miasto zarówno w Polsce, jak i coraz częściej poza granicami kraju. Traktujemy go z ogromną powagą i staramy się przygotowywać kolejne edycje na poziomie, który zagwarantuje nam dobrą opinię o festiwalu i teatrze. Ważne jest, że nie tylko korzystamy z efektów pracy teatrów, ale również inspirujemy naszych kolegów do zainteresowania się tym znakomitym autorem. W ubiegłym roku nasze przedstawienie "Ferdydurke" było grane na kilku europejskich scenach, wydrukowaliśmy dwujęzyczny katalog prezentujący dorobek Festiwalu i zapraszający do uczestnictwa w nim. Podejmujemy również inne działania promujące Festiwal i Gombrowicza. W bieżącym roku repertuar Festiwalu zapowiada się, sądzę, interesująco. W ramach Festiwalu oprócz naszej realizacji obejrzymy: "Gombrowiczshow" z Compagnie du Zerep z Paryża, niebanalne realizacje "Iwony, księżniczki Burgunda" z Teatru Śląskiego im. S. Wyspiańskiego z Katowic, Tamási Áron Hungarian Theatre z rumuńskiego Sfintu Gheoghe, Teatru Narodowego z Koszyc i Opolskiego Teatru Lalki i Aktora im. A. Smolki, "Ferdydurke" z Turteatern ze Sztokholmu i przedstawienie dla dzieci "Barfotaupproret" (Rewolucja na bosaka) również z Turteatern. Jeśli budżet na to pozwoli, w Radomiu gościć będziemy także Teatro Nacional Cervantes z Buenos Aires ze spektaklem "Trans-Atlantyk". Temu mocnemu międzynarodowemu repertuarowi towarzyszyć będzie międzynarodowe jury, w skład którego wejdą krytycy i twórcy, m.in. z Polski, Niemiec, Węgier, Mołdawii, Litwy. Podobnie jak dwa lata temu, jury przyzna Grand Prix - Nagrodę Prezydenta Miasta Radomia w formie statuetki autorstwa prof. Krzysztof Nitscha oraz nagrody pieniężne.

Czym Radomski Teatr Powszechny zaskoczy widzów w najbliższym czasie?

(...) Bardzo liczę na naszą festiwalową premierę Gombrowicza oraz „Fausta" w zupełnie nowym przekładzie Jacka St. Burasa i w reżyserii Andrzeja Worona.

Nie zapominają Państwo także o najmłodszych amatorach teatru. Bajkowe Niedziele zyskały już swoich fanów, ale na tym nie koniec. W maju rozpoczęła swoją działalność Scena Fraszka...

Z jednej strony bardzo odpowiada mi idea teatru "powszechnego", czyli dostępnego dla widzów, dysponującego repertuarem odpowiadającym różnym zainteresowaniom, upodobaniom, ambicjom, grupom wiekowym itd., z drugiej strony - staram się być pragmatyczny. W takim teatrze jak nasz, jedynym teatrze w mieście, są wielkie naciski na to, by grać sztuki dla dzieci. Wiadomo też, jak kończy się umieszczenie takiego repertuaru na afiszu... Ogromne zapotrzebowanie i stosunkowo łatwa sprzedaż powodują, że ten typ repertuaru zaczyna dominować i wypiera inne tytuły, w efekcie coraz częściej teatr gra przed południem i - w związku z tym - coraz bardziej się wyludnia. Aż w końcu zostaje bez widowni. Może grać tylko dla dzieci. Moim zdaniem, lepiej jest stworzyć warunki do grania i dla dzieci, i dla dorosłych. Ten ruch powoduje, że można uczynić zadość oczekiwaniom najmłodszych i ich rodziców oraz skupić się na pozostałych scenach i tak kształtować ich repertuar, żeby jak największe zainteresowanie nim wzbudzić u widzów dorosłych.

W Polsce w ostatnim czasie, powstają "jak grzyby po deszczu" nowe teatry, z czego to wynika, czy nagle wzrosło zapotrzebowanie?

- Myślę, że dzięki temu na pewno nasza kulturalna, teatralna "oferta" jest dużo bogatsza (nie jest to cecha wartościująca!). Nie można chyba powiedzieć, że wzrost liczby teatrów wynika z większego zainteresowania widowni. Raczej byłbym skłonny sądzić, że ruch ten jest wynikiem inicjatywy, chęci zaspokojenia ambicji twórczych przez artystów, którzy z różnych powodów nie znaleźli dla siebie miejsca w strukturach działających teatrów. Oczywiście, nie dotyczy to takich instytucji jak, np. Teatr Polonia, który jest dobrze zarządzanym przedsiębiorstwem budowanym z rozmachem i znawstwem rzeczy.

Czy i jak zmienia się w ostatnich latach profil polskiego widza teatralnego? Wolimy komedie czy tragedie? Sztuki współczesne czy klasykę?

- Myślę, że w tej sprawie nie ma żadnych zmian od wielu, wielu lat. Prawdę mówiąc, nie pamiętam, żeby widownia kiedykolwiek wolała repertuar poważny od rozrywkowego... że kiedyś więcej grywaliśmy, np. klasyki? Raczej wynikało to z braku dostępu do innego typu repertuaru, z polityki państwa w końcu. Myślę, że widownia zawsze wybiera rozrywkę. Można jedynie mówić o pewnych preferencjach, gdy analizuje się poszczególne grupy wiekowe, zawodowe... My musimy starać się wpływać na zainteresowania publiczności, proponując rzeczy wartościowsze intelektualnie czy artystycznie. Możemy próbować kształtować gust widzów, ale nie możemy lekceważyć ich oczekiwań. Kilka prób zmuszenia widowni do uczestnictwa w kulturze uznanej przez twórców za godną, zakończyło się upadkiem teatru. Tak było i - myślę - tak będzie. Jednym słowem: "profil" widza generalnie się nie zmienia. Jest taki sam od lat. I niech tak zostanie.

Kim Pan chciał zostać jako dziecko? Jak wyglądała Pana droga zawodowa?

- Prawdę mówiąc nie pamiętam dokładnie, kim chciałem być. Wydaje mi się, że mój pogląd na ten temat ulegał kilkakrotnie przewartościowaniu, a moje zainteresowania zawodowe zmieniały się od policjanta do marynarza... Pomimo tego, że mam już trochę lat, moja droga zawodowa nie jest zbyt długa. Studiowałem w Krakowie teatrologię w czasach, gdy kierunek ten nie był traktowany jako tymczasowe zajęcie przyszłego reżysera. Później trafiłem do Rzeszowa, gdzie pełniłem różne funkcje. Byłem sekretarzem literackim, kierownikiem literackim, zajmowałem się organizowaniem międzynarodowych wystaw plakatu teatralnego, grafiki komputerowej, kilkakrotnie pełniłem funkcję asystenta reżysera, a nawet sam reżyserowałem. Dwukrotnie byłem dyrektorem teatru w Rzeszowie. Rok spędziłem w Zabrzu jako zastępca dyrektora ds. artystycznych - i bardzo miło wspominam ten okres. Od nieco ponad dwóch lat jestem w Radomiu, gdzie mam masę roboty, ale też wiele satysfakcji z pracy z ludźmi twórczymi, pełnymi pasji i oddanymi swemu teatrowi.

Polubił Pan Radom?

- Miasto bardzo dynamicznie się zmienia. Miło jest pracować w takim miejscu. Czy polubiłem Radom? Jest naprawdę OK.

 

RadomNews.pl 21.06.2010

Informacja o cookies
Korzystamy z plików cookies w celach statystycznych i umożliwienia funkcjonowania serwisu.
Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę.
Informacje o możliwości zmiany ustawień cookies »
Zgadzam się, zamknij X