Jan Kochanowski? A kto to taki? „Niepodobnym obyczajem” w inscenizacji Andrzeja Sadowskiego

Tytuł brzmi znajomo? Oczywiście. Już dwukrotnie usłyszałam to pytanie ze sceny radomskiego teatru. Po raz pierwszy u progu sezonu 1984/85, w roku 400. rocznicy śmierci Jana Kochanowskiego. Niestety, nie pamiętam premiery i wydaje mi się, że jej nie widziałam. Odtworzyła ją - nawet dość dokładnie - grająca w przedstawieniu Danusia Dolecka. Przygotowana z rozmachem inscenizacja (przez nieżyjących Wowo Bielickiego i Janusza Pulnara) przenosiła się w różne miejsca ówczesnego teatru – pomieszczeń sali koncertowej. Zaczynała się na parterze, na scenie kameralnej, uliczną sondą telewizyjną. Grano też w foyer na piętrze oraz na dużej scenie. W spektaklu przypomniano wątki z życia renesansowego poety oraz sporo jego utworów: fraszki, „Treny", „Pieśń świętojańską o sobótce" oraz „Odprawę posłów greckich". W akcję wpleciono również urywki tekstów E. Stachury i „Ferdydurke" W. Gombrowicza oraz „Balladyny" J. Słowackiego. Mniemam, by przekonać widzów, iż Kochanowski wielkim poetą był, więc z jego twórczości czerpano w różnych epokach, uznając, że poetyckie przesłanie ojca polskiej poezji nie traci aktualności. Dodatkowymi atutami inscenizacji stały się piękne kostiumy oraz muzyka skomponowana przez wybitnego jazzmana, aranżera i kompozytora Włodzimierza Nahornego. O tej premierze mówiło się w Radomiu długo.
Po raz drugi, 30 lat później, w kolejną rocznicę śmierci Kochanowskiego, postawił podobne pytanie, choć nie tak wyraziście, Andrzej Sadowski - autor spektaklu „Niepodobnym obyczajem". Reżyser twierdzi w wywiadach, że chciał odkryć to, czego nie pokazują szkolne lektury, a co starsi widzowie zapomnieli lub głęboko ukryli w pamięci. Przeszkodą jest obco dziś brzmiący język, ale także to, że żadne cytaty nie przetrwały w formie powiedzeń, zanikła nawet potrzeba cytowania poety. Twórca inscenizacji utkał ją misternie z mało znanych fragmentów „Pieśni" oraz poematów „Zuzanna" i „Satyr albo Dziki Mąż". Jest to tradycyjnie przestawienie małoobsadowe, wykorzystujące multimedia i współgrającą z akcją muzyką. Piękne są utwory krakowskiego kompozytora i wiolinisty Pawła Muzyki (związanego ze stołeczna Operą Kameralną). Pobrzmiewa w nich echo stylu utworów renesansowych i barokowych, ale dobór instrumentów i aranżacje dają współczesne, intrygujące brzmienie. Jedna z dziennikarek nazwała ten spektakl „kulturalnym fast foodem". Trudno określeniu nie przyklasnąć, ale jakże to smakowity fast food... Oto w ogromnej współczesnej bibliotece (pracujące monitory w tle) zjawia się czwórka przybyszów z odległych galaktyk: Aquinus (Wojciech Wachuda), Bławatek (Klaudia Kuchtyk), Terrania (Milena Staszuk) i Panpłomyk (Alan Bochnak). Cztery żywioły, które chcą zrozumieć odkryty właśnie świat. Zagłębiają się w więc  w lektury walających się wszędzie książek, które są zwierciadłem epoki renesansu. Po chwili zaczynają przypominać mole książkowe, bo ambitnie próbują zrozumieć dawną polszczyznę i przetłumaczyć ją na współczesny język. Zabawnym, ale skutecznym pomysłem staje się próba przekładu krok po kroku każdej frazy. Stopniowo wyłania się inny obraz poety. Człowieka, który kochał życie: lubił imprezować, nie stronił od wina i dobrego jedzenia, a ponadto chętnie i często adorował kobiety. Wszak Amor, bóstwo najstarsze, rządzi światem. Poeta po prostu „nie umiał się frasować". Uważał, że życie trzeba brać garściami, smakować je łapczywie póki sił i „niepodobnym obyczajem" (cytat z Pieśni XV) staje się każda próba odkładania tego na inne czasy. Ale poeta potrafi również trzeźwo skomentować obyczajowe ekscesy, nie unika też polemiki z Panem Bogiem: „[...] dzieci Twoje w szczęśliwe czasy swoje rzadko cię pamiętamy...". Myliłby się jednak każdy, kto zapamiętałby Jana Kochanowskiego albo jako rozpaczającego po stracie dziecka ojca, albo jako beztroską duszę towarzystwa. Poeta często przypomina o niezłomności zasad moralnych. „Zuzanna", poemat oparty na Księdze Daniela, pokazuje biblijną bohaterkę, upierającą się przy swoich racjach mimo grożącej śmierci. Skrzywdzona kłamliwymi pomówieniami starców, targana wewnętrznymi rozterkami, nie chce odstąpić od zasad moralnych ani na krok. I zwycięża. Poeta to także zaangażowany w walkę o dobro Rzeczypospolitej obywatel. Nie tylko w „Odprawie...", bo poemat „Satyr..." wybrzmiewa dziś nawet dobitniej. Utwór satyryczno- polityczny, dedykowany Zygmuntowi Augustowi, przekazuje, widziany oczami mitycznej postaci, obraz ówczesnego społeczeństwa: jego upadek spowodowany zaprzepaszczeniem dawnych wartości i dobrych obyczajów. Słuchałam zapomnianego tekstu z otwartą buzią - nie uczymy się na własnych błędach, a przypominanie tego w sobotę przedwyborczą - mówiąc współczesnym językiem – jako żywo było złamaniem ciszy wyborczej... Odrobinę optymizmu dostrzegłam jednak w tym, że kiedy goście znużyli się czytaniem Kochanowskiego, trafili na teksty… polskiego pozytywizmu.

Andrzej Sadowski deklarował, iż chce uruchomić naszą wyobraźnię, bo poezję niekoniecznie trzeba rozumieć. Trzeba ją przeżyć. Pomogły temu również wyrazista mimika i gesty, dużo ruchu, jakieś dziwaczne tany w stylu pogo (jeden przypomniał mi nawet słynny układ choreograficzny z „Salta” Tadeusza Konwickiego) oraz pięknie śpiewane piosenki. Na zakończenie dodam więc jedynie kilka uwag szczegółowych. Przecież umiejętności warsztatowe wykonawców albo przyczynią się do scenicznego sukcesu, albo nie. Teatralna młodzież poradziła sobie niezgorzej. Mnie najbardziej przypadła do gustu propozycja Alana Bochnaka (Panpłomyk); aktor miał najbardziej różnorodne pomysły wykreowania postaci i był jedyną osobą, która tekst współcześnie brzmiący, ale jednocześnie pobrzmiewający rytmiką staropolszczyzny. Wojciecha Wachudy (Aquinus) także się tym razem nie mogę czepić. Obie panie również bez szczególnych uwag. Klaudia Kuchtyk ma ładny, czysty głos i dobrą dykcję. Nowa twarz radomskiej sceny – Milena Staszuk (Terrania)dobrze rokuje, bo jest urodziwa i poradziła sobie z trudną rolą.

Ponieważ zgodnie z tradycją, do czegoś się jednak muszę przyczepić, wspomnę o końcówce spektaklu, kiedy aktorzy czytają z monitorów coraz szybciej zmieniające się zbitki staropolskich wyrazów i fraz, gubiąc miejscami dobrą dykcję, ale… Konia z rzędem temu, kto na ich miejscu poradziłby sobie. I to podszyty premierową tremą. Tradycyjnie już: jednym przedstawienie się podobało (głównie widzom młodym), inni je ganili. Ja przyłączam się do pierwszych.

Premierę „Niepodobnym obyczajem” , zamykającą sezon 2014/2015, przygotowano w ważnym dniu polskiego teatru – uroczystych obchodów 250-lecia Teatru Publicznego w Polsce. Tego dnia bilety kosztowały symbolicznie 250 gr i oczywiście w mgnieniu oka zniknęły z kas. 50 tys. Osób zapełniło różne widownie po brzegi. W Radomiu także. A Kochanowski, po raz kolejny, okazał się mentorem wyśmienitym.

Katarzyna Kasińska
Miesięcznik Prowincjonalny nr 4/2015

Informacja o cookies
Korzystamy z plików cookies w celach statystycznych i umożliwienia funkcjonowania serwisu.
Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę.
Informacje o możliwości zmiany ustawień cookies »
Zgadzam się, zamknij X