Prasa o spektaklu

(…) Dekoracja autorstwa Karola Jabłońskiego wydobywa smutny świat ubogich domów i skromnych wnętrz, które pod działaniem reflektorów zmieniają swoje przeznaczenie, raz są karczmą lub mieszkaniem, a innym razem miejscem żydowskich modłów. Smutny sceniczny pejzaż w sepii niewiele ma wspólnego z przeciętnym, współczesnym wyobrażeniem o bytowaniu w żydowskich „sztetl” – miasteczkach. Nie ma tu przecież gwaru ulicy i modlitewnych zawodzeń, brak również – i to dobrze – tzw. żydłaczenia artystów ze sceny.
(…) W adaptacji Zygmunta Wojdana (…) zaprezentowany został bogaty wachlarz także epizodycznych postaci, inscenizator pragnął pewnie wystawić pod publiczny osąd wielość sytuacji, zdarzeń z życia bohatera i wydaje się, że w tej mierze adaptacja zupełnie dobrze zdaje egzamin.
(…) W teatralnej dwuipółgodzinnej wersji musiało się pomieścić wiele lat (więc i zdarzeń) z życia sztukmistrza oraz pokutnika i niestety, zagubił się Jasza – człowiek obarczony wymogami swojej wiary i ludzką słabością igrania z losem. Zygmunt Wojdan bierze na siebie odpowiedzialność za ewentualną porażkę „Sztukmistrza” i nie wyklucza opracowania kolejnych jego wersji – istnieje możliwość dopełnienia spektaklu „psychologią” i nastrojowością, którą przecież nietrudno znaleźć na stronicach powieści, a której zabrakło w radomskiej wizji scenicznej.

(…) Wykonał Teatr Powszechny piękną zbiorową pracę – upowszechniając dzieło Singera z desek sceny. Wierzę, że po stosownej obróbce i kosmetyce, „Sztukmistrz…” wtedy już brylant, naprawdę olśni wielu widzów.

Małgorzata Iskra, Sztukmistrz żartuje z losu?, „Słowo Ludu”, 10.11.1985.

 

(…) Największy żal wypada mieć tu do kreującego rolę Jaszy Piotra Bąka, który przekonuje może o swoich talentach uwodzicielskich, traci jednak wiarygodność, kiedy rozmyśla o bogach, religiach i sensie życia. Znacznie lepiej wypada Jakub, kreowany przez Włodzimierza Mancewicza. Jak się okazuje, prościej napisać, że Jasza był kłębowiskiem osobowości: wierzący i heretyk, dobry i zły, fałszywy i szczery, niż oddać to na scenie, nawet gdy postać gra dwóch aktorów.
(…) Nie do końca udało się wytworzyć, zapowiadany przez reżysera w programie, nastrój misterium. Z klimatem wiąże się również bezpośrednio sprawa rytmu. Po innej inscenizacji można pisać, że spektakl miał dobre tempo. Jednak jeśli idzie o adaptację Singera nie można zapominać, że „dni płynęły jak melasa”. Przy dużej ilości wątków, mnogości scen, ciągłe zmiany sprawiały wrażenie pewnej nerwowości i arytmii.

Jacek Lutomski, Być sztukmistrzem, „Rzeczpospolita” 1985, nr 269 z dn. 19.11.

 

Nie było to przedsięwzięcie łatwe, zważywszy, że powieść Singera łączy wątki realistyczno-naturalistyczne z pierwiastkami metafizycznymi, będąc opowieścią o człowieku w pułapce własnej świadomości.
(…) Zespół tworzy tło dla głównego bohatera, tło bardzo istotne, bowiem reżyser przywiązuje wielkie znaczenie do odtworzenia klimatu kultury żydowskiej. Służy temu świetnie dobrana muzyka, monumentalizująca węzłowe punkty dramatyczne, staranność w doborze kostiumów i rytm działania poszczególnych grup, reprezentujących różne odłamy społeczności żydowskiej i polskiej.
(…) Nie poprzestaje reżyser na etnograficznej nieledwie sumienności, co jest wartością samą w sobie, ale nadaje „Sztukmistrzowi z Lublina” sensy uniwersalne, stawiając widza oko w oko z pytaniami podstawowymi.

Tomasz Miłkowski, Wędzidła korzeni, „Trybuna” 1986, nr 33 z dn. 9.02.

 

(…) Na pewno należą się słowa uznania całemu zespołowi, któremu postawiono tym razem trudne zadanie.  Pokazanie świata, który już nie istnieje. Czy aktorzy wywiązali się z zadań dobrze?
(…) Mnie najbardziej odpowiadało prowadzenie ról Zewtel (Jadwiga Rydzówna) oraz kutego na cztery nogi Hermana (Stanisław Kozyrski).
Niby wszystko jest w tym spektaklu w porządku, a jednak nie mogę napisać – rewelacja sezonu. (…) Wyjątkowo w tym spektaklu rażą dykcyjne braki niektórych członków radomskiego zespołu aktorskiego. To przykre stwierdzenie, ale trudno. I nie mogę też się zgodzić na taką ingerencję twórcy adaptacji, która zmienia przesłanie spektaklu.

Widz, Między dobrem a złem, Wojewódzki Informator Kulturalny, listopad 1985, s. 31-33.

 

(…) Przedstawienie zakończyły długie oklaski widowni, która gorąco wyrażała swoje szczere podziękowanie za doznane przeżycia artystyczne. Piękna to chwila dla całego, jakże zmęczonego zespołu, który ze wzruszeniem kilkakrotnie wracał na scenę. A dziękować tym razem było za co! Przede wszystkim gratulacje należą się za sam pomysł przeniesienia na scenę powieści bardzo poszukiwanej przez czytelników.
(…) Przedstawienie wyreżyserowane zostało z olbrzymią precyzją i dbałością o drobne nawet szczegóły gry aktorskiej. (…) Założenia inscenizacyjne w pełni zrealizowała plastyka przedstawienia. Z satysfakcją zauważyć należy udaną scenografię, której autorem jest Karol Jabłoński.
(…) I wreszcie podziękowania szczególne złożyć należy całemu zespołowi aktorskiemu. Gra – dynamiczna. Dobre, rytmiczne tempo, a jednocześnie wielka dyscyplina i skupienie.

Janusz Pulnar, „Korona z piór”, „Tygodnik Radomski”, 7.12.1985.

 

(…) Szlachetna to ambicja, choć zazwyczaj adaptacje prozy – z natury rzeczy już karkołomne – nie dorastają pierwowzorom. Tak jest i tym razem. Zygmunt Wojdan, dyrektor radomskiego teatru, któremu przypada niewątpliwy splendor prapremiery, wiedział o tym dobrze. Lojalnie uprzedza widza, że to dopiero pierwsza wersja, „zaledwie scenariusz scenicznych prób”. Objaśnia też dalej, co marzyło mu się w teatralnej wizji, kiedy powieść czytał. Szczerość za szczerość: wiemy tedy co się nie powiodło.
Na pewno nie jest spektakl radomski scenicznym misterium, jak chciał reżyser. I nie jest – na szczęście – streszczeniem powieści, jak chciałoby z pewnością wielu widzów. (…) Niewątpliwie najcenniejszym pomysłem tej inscenizacji jest rozpisanie postaci Jaszy na dwie jego projekcje – Jakuba Pokutnika i młodego Mazura. (…) Obie te role, prowadzone z powodzeniem, wyznaczają przedstawieniu próg trudności aktorskich.
(…) Czy to wszystko znaczy, że teatr nie miał racji, zmagając się z tak trudnym tworzywem, jakim jest proza Singera? Miał, po stokroć. Choćby dlatego, że wskazał drogę, którą – miejmy nadzieję – pójdą inni.

Krystyna Gucewicz, Sztukmistrz z Radomia, „Express Wieczorny” 1986, nr 118 z dn. 19.06.

 

(…) To bardzo mocna wypowiedź wprost, najmocniejsza w dotychczasowym dialogu naszego teatru z widzem. Wzmocniła jej wymowę świetna gra dwóch głównych protagonistów: Piotra Bąka (Jasza Mazur) i Włodzimierza Mancewicza (Jakub Pokutnik) oraz pośrednika między nimi, jakim był Wiesław Ochmański (Szmul Muzykant). Z ról kobiecych na uwagę zasługują dwie krwiste, pełne prawdy życiowej postaci: Zewtel (Jadwiga Rydzówna) i Emilia (Elżbieta Miłowska).

Edward Smyk, Śmierć arywisty, „Życie Radomskie”, 4.11.1985.

 

(…) Przedstawienie jest budowane z wybranych sytuacji, dialogów, obrazów, które – zdaniem adaptatora i reżysera – miały czemuś służyć. I tu powstaje pytanie: czemu one służą? Nie służą na pewno folklorowi prowincjonalnego miasteczka, nie zawsze też służą dobrze biografii bohatera. Jedno w tym przedstawieniu jest bezdyskusyjnie ważne, mocne ekspresywnie – sceny zbiorowe w synagodze. (…) Znakomita wręcz (…) jest scenografia Karola Jabłońskiego.
(…) Myślę, że konieczne są korekty (pewnie reżyser już ich dokonał) w kompozycji spektaklu, mające na celu większą klarowność oraz spójność scen. (…) Przedstawienie radomskie wiele mówi, chociaż miejscami niezbyt jasno.

Stanisław Żak, Sztukmistrz z Lublina, „Przemiany” 1985, nr 12, s. 38-39.

Informacja o cookies
Korzystamy z plików cookies w celach statystycznych i umożliwienia funkcjonowania serwisu.
Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę.
Informacje o możliwości zmiany ustawień cookies »
Zgadzam się, zamknij X