Prasa o spektaklu

(…) Myślę, że radomska premiera idzie w tym właśnie kierunku tworzenia obrazu psychologicznego pewnej grupy ludzi ze szczytu drabiny społecznej, z tzw. elity władzy. Mocno zaakcentowana scena z ubogim, któremu „podnoszą” stawkę jałmużny z pięciu na piętnaście groszy. „Niech zna pana!” – oznajmia król, potwierdza tę interpretację. Wprawdzie jest to intencja słuszna, ale tylko cząstkowa, bowiem pozostawia niejako poza zainteresowaniem reżysera takie problemy jak konstrukcja postaci scenicznych.
(…) W jednej tonacji utrzymała się tylko „najjaśniejsza para królewska” – Królowa Małgorzata (Maria Chrościelówna) i Król Ignacy (Andrzej Iwiński).
(…) Pani Ewa Betta, wbrew pozorom, miała niezwykle trudne zadanie, bo odtwarzała właściwie postać milczącą (czyżby to echo starego Dulskiego?). Trzeba przyznać, że wyszła z tego z sukcesem, utrzymała jednolity styl autentyczności wobec pozorowanego szyku dworskiego.

Pewnie przedstawienie poddane zostanie jakimś korektom, zwłaszcza jego pierwsza część, nader statyczną, nawet chyba trochę ospała. Mimo tych uwag przedstawienie jest interesujące, a po spektaklu „Kochanowski? a kto to?” nawet powiedziałbym, że sukces!

Stanisław Żak, Szambelan: To? Takie sobie...,  „Przemiany” 1985, nr 1.

 

(…) W partyturze autorskiej pozostało sporo miejsca do wypełnienia interpretatorskiego. Z tej możliwości skorzystał reżyser radomskiego spektaklu Marcin Sławiński oraz scenograf Jerzy Rudzki. W spektaklu oprócz pomysłu nienowego i niezabawnego (Filip czyta horoskop z „Polityki”) pojawiły się oryginalne i sensowne np. znacząca, towarzysząca scenom dworskim muzyka w wykonaniu orkiestry dętej, umiejętnie przeprowadzona symultaniczność scen króla z dyplomatami oraz Filipa z Cyrylem. (…) Jednak te właśnie najciekawsze sceny jeszcze silniej obnażyły słabości przedstawienia, niekonsekwencję interpretacji. Gdyż z jednej strony radomska „Iwona...” prezentowała ambicje oryginalnego odczytania artystycznego tekstu, a z drugiej przedstawiła farsę opartą na motywach Gombrowicza.
(…) Niestety, nasi aktorzy tkwią w tradycyjnej dziewiętnastowiecznej psychologii charakteru i obca jest im (co nie znaczy nieznana) Gombrowiczowska forma, psychologia zbiorowa (…). Aktorzy „Iwony..” szukając oryginalnej formy nie zaryzykowali odrzucenia tej starej, sprawdzonej w piece bien fait, tj. sztukach tradycyjnych. Toteż role pierwszoplanowe wypadły przeciętnie (najlepiej jednak Iwona Ewy Betty i Królowa Marii Chruścielówny), a te przerysowane farsową charakterystycznością wręcz źle (powierzchowny, pusty Inocenty Wiesława Motka, prostaczkowaty Szambelan Konrada Fuldego). Największą sprawność wykazał zespół w umiejętnie zakomponowanych scenach zbiorowych rozumiejąc, że u Gombrowicza nie należy tworzyć charakterów, ale sytuacje.

Małgorzata Iskra, Straszny dwór?, „Słowo Ludu” 1985, nr 7 z dn. 9.01.

Informacja o cookies
Korzystamy z plików cookies w celach statystycznych i umożliwienia funkcjonowania serwisu.
Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę.
Informacje o możliwości zmiany ustawień cookies »
Zgadzam się, zamknij X