Prasa o spektaklu

(…) Rozrachunek z pokoleniem, samouświadomienie sobie niedomogów własnej duszy i charakteru stanowi jakby podstawowy element konfliktu. Na radomskiej scenie to nie wyszło. Szczęsny (Michał Marek Ubysz) robił wiele, aby uwiarygodnić swoje rozterki, ale efekty tego nie były dostatecznie mocne. Zresztą także Amelia (Grażyna Kłodnicka) i Salomea (Ewa Pietras) wypadły słabo.
(…) Z tych uwag, które nie są wcale atakiem na zespół, teatr czy reżysera, lecz wyrazem znacznego zawodu widza spowodziewającego się dużych emocji (ten teatr przyzwyczaił mnie do tego) – z tych uwag wypływa wniosek oczywisty, że Słowacki stworzył postacie bogate i skomplikowane, że trzeba i umieć, i chcieć (a może i wiedzieć jak) to wszystko wydobyć, przekazać widowni, zmusić ją do uwierzenia w prawdę uczuć i perypetii. (…) Poza tym jeszcze trzeba dążyć do zespolenia gry, aby indywidualne poczynania aktorów pozostawały do siebie w stosunku komplementarnym. Jeśli jest inaczej to przedstawienie jest po prostu niespójne.
Aktorom brakło głosu. Mówili nie swoim głosem, albo krzyczeli (…), albo szeptali. (…) Jedna sprawa się udała, wyszła – mimo wszystkie zastrzeżenia. Otóż Zygmunt Wojdan – reżyser i inscenizator – doskonale uchwycił w tekście dramatu Słowackiego brak romantycznej martyrologii i „racjonalne przesłanki narodowych niepowodzeń”.

Stanisław Żak, Horsztyński, „Przemiany” 1983, nr 3.

 

(…) Zamiast rekonstruować, należało najpierw „Horsztyńskiego” uważnie przeczytać. Bo, mimo wielu defektów, zostało w nim sporo do czytania. Pod warunkiem, że się będzie czytało bez obciążeń i cudowania. Tymczasem w wypowiedzi reżysera czytamy o jakowyś sprzecznościach zawartych w dramacie pisanym prozą i „dotyczącym ponadto zdarzeń w zasadzie realistycznych”, o braku duchów, z czego ma wynikać, że „konflikty bohaterów mieszczą się w granicach psychologicznego prawdopodobieństwa”. Zostawmy jednak te mętne wywody na boku, ważny jest w końcu efekt reżyserskich przemyśleń.
Z jednej strony mamy próbę uscenicznienia waloru poetyckiego słowa, próbę zdecydowanie nieudaną, z drugiej nurt realistyczno-obyczajowy, a wszystko zaprawione scenami „rapsodyczno-wizyjnymi”, mającymi poświadczyć romantyczny rodowód dramatu i jego bohaterów.
(…) Przedstawienie zbudowano właśnie na tak wątłych, naciąganych, więc nieprzekonujących, przesłankach, z czego wyszła pretensjonalna składanka, niespójna ideowo i niejednolita artystycznie. Zawiodła – bo musiała zawieść – chwytliwa klamra kompozycyjna spreparowana ze znanych wypowiedzi lirycznych Słowackiego.

Stanisław Mijas, Na rozjeździe, „Słowo Ludu” 1983, nr 1223.

 

(…) Wynik jest, chciałbym powiedzieć, doskonały, ale boję się krańcowości – jest on z pewnością dodatni.
(…) Zygmunt Wojdan – reżyser, a jednocześnie adaptator i rekonstruktor sztuki, włożył w swoją pracę widoczną pasję, której efektem jest przedstawienie pełne udzielającego się widowni napięcia, romantyczne i poetyckie. Zespół aktorski przygotowany, jak zawsze, doskonale, zdyscyplinowany, walczący o każdą chwilę nastroju czy napięcia, zasługuje na wysokie uznanie. Dotyczy to przede wszystkim Michała Marka Ubysza, młodego aktora, na barki którego włożono wielki ciężar. (…) Włodzimierz Mancewicz, grający tytułową rolę, ma już ustaloną opinię aktora o wyraźnej osobowości i nienagannej technice. Jego Horsztyński ma siłę wyrazu i wewnętrzną prawdę.

Aleksander Czaplicki, Horsztyński, „Życie Radomskie” 1983, nr 36, z dn. 12-13.02.

 

(…) Wydawałoby się, że w tym teatrze, nie posiadającym w zespole wybitniejszych indywidualności, wystawienie „Horsztyńskiego” (dramatu, w którym każda niemal rola niesie ze sobą rozległą i skomplikowaną skalę trudności interpretacyjnych) jest rzeczą niemożliwą.
A jednak zamysł realizacyjny Zygmunta Wojdana zasługuje na uwagę. Reżyser świadomie zrezygnował z rozmachu inscenizacyjnego, tworząc przedstawienie surowe, ascetyczne prawie, skupiając uwagę na problemie utworu, słowie i psychologicznych relacjach między protagonistami tragedii. Temu zamysłowi służy kompozycja przestrzenna sceny, uformowana z piętrzących się czarnych podestów (…). Przy niezbędnych tylko, sprawnie zmieniających się rekwizytach.
(…) Wydawać by się mogło, że „naga” scena stwarza mniej doświadczonemu aktorowi dodatkowe trudności wykonawcze. Tak chyba jest w istocie, ale aktorzy radomscy pokonali tę barierę interpretując czytelnie tekst, dbając o jasną dykcję, wyrazisty gest i podporządkowując się wiernie zamysłowi reżysera. (…) Można by spierać się z Wojdanem o pewne zabiegi adaptacyjne i interpolacje tekstowe nazwane przez reżysera „rekonstrukcją”. Nie zawsze są one przekonywujące.

(…) Spektakl radomski mimo braku wybitniejszych ról aktorskich przemawia powagą ideowej refleksji, wzbudza też szacunek rzetelną pracą teatru.

 Jerzy Sokołowski, Niepotrzebni są przeciwko nam, „Teatr” 1983, nr 4.

Informacja o cookies
Korzystamy z plików cookies w celach statystycznych i umożliwienia funkcjonowania serwisu.
Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę.
Informacje o możliwości zmiany ustawień cookies »
Zgadzam się, zamknij X