Rewelacyjna sztuka "Z drugiej strony"

Początek sprawia wrażenie komedii. Isabelle i Daniel, małżeństwo w wieku średnim, zapraszają na kolację druga parę: starego przyjaciela, Patryka i jego młodą kochankę. Sęk w tym, że Patryk dla kochanki rzucił właśnie (po trzydziestu latach!) żonę, co też oboje potępiają. Efektem wizyty przyjaciela z kochanką jest nie tylko nieudany wieczór, ale także psychiczny „najazd upiorów" u gospodarzy: poczucie zawiści, kompleksu niższości, goryczy minionej młodości i zmarnowanego życia.
Autor chciał, by dialogom postaci towarzyszyły monologi, określane u Fredry jako „na stronie". Lecz kiedy bohater mówi „na stronie", drugi musi przeczekać. Zastyga więc nieruchomo jak figurka w zatrzymanej szopce. Ten zabieg wymagał dużej precyzji. Reżyser, Zbigniew Rybka i jego aktorzy doskonale radzą sobie z trudną formą sztuki. Siła w precyzji!
Czwórka aktorów gra koncertowo. W centrum uwagi jest Daniel Marka Brauna. Całe życie pod pantoflem starszej od siebie żony, swe żale wylewa tylko „na stronie". I gdy pozna młodą kochankę przyjaciela uświadomi sobie własne tchórzostwo: dlaczego sam nie zdobył się na szaleństwo? Przyjaciel porzucił żonę. Dlaczego ja tego nie zrobiłem?! Przyjaciel jest bogatszy, lepiej ustawiony. A jemu rzuca ochłapy ze swego życia. W Danielu narasta bunt, który naturalnie wypowie tylko „na stronie". To znakomita rola Marka Brauna, który kolejny raz dowiódł wysokiej rangi swego aktorstwa.
Aktorski kunszt pokazuje także Izabela Brejtkop jako Isabelle. Znudzona mężem trochę go lekceważy lecz wciąż trzyma mocno w garści. Brejtkop gra tu także mimiką, doskonale wyrazistą i jednoznaczną. To irytacja w stosunku do męża, politowanie, wreszcie pogarda. Żal wzbudza Patrick Jarosława Rabendy. Puszy się, cały czas usiłuje imponować Danielowi. Czy naprawdę jest szczęśliwy z kochanką? Czy nie ma wyrzutów sumienia w stosunku do porzuconej żony? I wreszcie Emma, najmłodsza z towarzystwa. Aleksandra Bogulewska to kobieta prawdziwie wyzwolona. Liczy się tylko seks, pieniądze i jej własne przyjemności. Obrana z rozumu do cna. Jest zapewne z tym "zgredem", tak mówi o zebranych „na stronie", dla zaspakajania swoich uciech. Ale właśnie Emma wyzwala w gospodarzach złe uczucia. Isabelle zazdrości jej młodości. Daniel „na stronie" chciałby Emmę bzyknąć. Lecz się nie odważy ze strachu przed żoną. I - z poczucia przyzwoitości.
Finałowa scena, gdy po wyjściu gości gospodarze zostają sami, jest smutna. Nadal mówić będą sobie banały, by „na stronie" wylewać swoje pretensje i żale. - Czy gdybyśmy posługiwali się wyłącznie prawdą, istotnie byłoby nam lepiej żyć? - pyta Zeller w granej w Powszechnym sztuce „Prawda". I nie jest to, broń Boże, pochwałą obłudy, skoro motto sztuki Zeller zaczerpnął z twórczości samego Voltaire'a: „Kłamstwo jest cnotą, jeśli pozwala uniknąć cierpienia". - „Gdyby z dnia na dzień ludzie przestali się okłamywać - mówi w pewnym momencie jeden z bohaterów "Prawdy" ,nie ostałaby się na ziemi ani jedna para. I w pewnym sensie byłby to koniec cywilizacji".
Przedstawienie jest długie ale nie nuży ani przez sekundę. Kolejne części puentuje wyciemnienie świateł a publiczność może wtedy bić brawo. Na premierze były to oklaski w pełni zasłużone. Radomskie przedstawienie było polską prapremiera sztuki. Jest nadzieja, że teraz sztuka pójdzie na inne sceny. Bo warto!

Barbara Koś, "Echo Dnia", 18.10.2017