Sto i więcej lat samotności

Janusz Wiśniewski ma szczególne zamiłowanie do obrazów miłosnej tęsknoty. Ta ostatnia jest dla jego postaci często równoznaczna z apokalipsą. Motyw znany już z setek utworów literackich, jak choćby z Petrarki czy Bediera, kumuluje się u reżysera ,,Arki Noego” do pewnego nieznośnego poziomu.

Kolejny radomski spektakl słynnego inscenizatora jest bowiem opowieścią dotyczącą miłości jako uczucia wiodącego prosto do grobu. Wcześniej ten wątek przeplatał się u Wiśniewskiego z ogólną refleksją na temat ludzkiej kondycji – dowodem wspomniana ,,Arka Noego”. Ponury turpizm stanowił tam dalekie echo człowieczego strachu przed własnym biologizmem. Kantorowskie z ducha sekwencje pokazywały jednocześnie toczące się nieubłaganie koło historii, czego emblematem był stały już element widowisk Wiśniewskiego – dynamiczny korowód.

Tymczasem w ,,Demonie…” cała treść dotyczy właściwie jednej, wielkiej tęsknoty. Przekłada się to też na rozwiązania formalne. Schemat dramatu An-skiego staje się po prostu pewną ramą, w którą wpisany zostaje cały kolaż innych tekstów poetyckich. Akcja ma miejsce na weselu Pana Młodego (Piotr Kondrat) i Lei (Agnieszka Rose). Dziewczyna cierpi z powodu niechcianego zamążpójścia. Ciekawym zabiegiem jest rozbicie jej emocjonalnego rozchwiania na kilka głosów - ,,właściwa” Lea chodzi w sukni ślubnej i oddaje się fantazjom o pobycie ze swoim ukochanym Chananem.

Rudy, młody Żyd jest ubrany w czerwony płaszcz, co tworzy kolorystyczne rozbicie o jasnej wymowie. Niewinność zawarta w bieli sukni panny młodej jest kontrapunktowana samobójczą krwią jej byłego kochanka. To do młodego mężczyzny należy kwestia wzięta z wierszu Tuwima - ,,męką Ty jesteś moją, a byłaś mi uśmiechem”. Kobieta odpowiada mu innym tekstem z repertuaru łódzkiego poety (,,Ty”) - ,,o Tobie wiem jedynie i tylko Ciebie umiem”. Leę dotyka w pewien sposób poczucie winy.

Wtedy właśnie na scenę wkracza cały szereg innych postaci Lei, będących głosami jej wewnętrznego dysonansu. Towarzyszy im Śmierć (Danuta Dolecka), pełniąca tutaj rolę ironicznego obserwatora. Jak to rozważała nieodżałowana Halina Poświatowska - ,,ile razy można umrzeć z miłości?”. Wiśniewski odpowiada poetce – nieskończenie wiele. Aktorki, ubrane w bliźniacze, kraciaste sukienki, wyglądają trochę jak chochliki, złośliwe głosiki tkwiące w głowie. Każda z nich przeżywa na nowo miłosne rozstanie. Ponownie pojawia się Tuwim (,,Banalna historia”, ,,Tęsknota”), Swinburne (,,Ogród Persefony”), Edyta Geppert (,,Ballada”), ,,Grande Valse Brilliante”, a nawet fragment ,,Fausta”. Tak szeroki kolaż pokazuje różne twarze rozterek Lei, od żałoby i smutku począwszy, a na złości i ironii skończywszy. Jedna z postaci Lei porusza się nawet jak robot i całuje Śmierć w usta. Ot, przewrotna metafora ,,pocałunku śmierci”.

Tylko że tak wydawałoby się przemyślana machina zaczyna w pewnym momencie nieco trzeszczeć w zębatkach. Śmierć w jednej ze scen rozdaje każdej z Lei dziecko, wypowiadając jednocześnie tekst ,,Porodówki” Gottfrieda Benna. Czemu ma w tym momencie służyć naturalistyczny opis porodu? Zakochana Lea ma bać się urodzenia dziecka? Brakuje uzupełnienia tego wątku, bo oniryczna forma widowiska nie usprawiedliwia tego typu uproszczenia. Zwłaszcza że u Benna rodzącymi są kryminalistki i dziwki, a nie córki bogatego ojca. W dodatku psuje to nieco kompozycję ,,Demona”, który składa się głównie z sentymentalnych tekstów miłosnych. Chociaż są one zbyt patetyczne, zapewniają jednak widowisku spójność.

Chociaż z drugiej strony takich odskoczni nieco brakuje. Największą wadą radomskiego spektaklu okazuje się właśnie jego konsekwencja. Nie jest to zarzut pod względem estetyki – nadal przykuwa uwagę wizyjność Wiśniewskiego, feeryczny obraz wesela z tańczącymi chasydami i sznurem osobistych demonów Lei. Ale w pewien sposób drażniące jest zamknięcie spektaklu w kręgu pierwiastków miłosnych typowych dla hymnu czy ody. Pieśń o uświęconej miłości (młodych łączy w końcu sam Anioł) jest momentami zbyt ckliwa, a i sam Wiśniewski mógłby zdobyć się na częstsze przymrużenie oka. Używając metafory filmowej, bliżej ,,Demonowi” do Luhrmanna niż Kieślowskiego.

,,Dybuk” jest spektaklem poprawnym, któremu nie służy tematyczne przeładowanie i pewna monotonia. Warta uwagi jest natomiast zespołowość radomskich aktorów (chociaż pojawiło się parę nazwisk gościnnych). To, co najbardziej (i nadal) cieszy, to fakt, że tekstowy eklektyzm Wiśniewskiego daleki jest od postmodernistycznego chaosu. Może dlatego mimo słabszych momentów jego spektakle cieszą oko i ucho?

Szymon Spichalski, www.teatrdlawas.pl, 15.09.2014
Informacja o cookies
Korzystamy z plików cookies w celach statystycznych i umożliwienia funkcjonowania serwisu.
Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę.
Informacje o możliwości zmiany ustawień cookies »
Zgadzam się, zamknij X