Uczuciowe puzzle

Marzymy o stabilizacji: mieszkanie, sformalizowany związek, stała praca. DIa wielu jest ona warunkiem szczęścia. Niestety to, co na początku jest upragnionym celem, z czasem staje sie rutyną – codziennością, którą przestaje się zauważać.

Kwiaty podarowane przez chłopaka; ulubiona potrawa ugotowana przez dziewczynę; leniwy poranek w prezencie od męża, który specjalnie wstał wcześniej, żeby zająć się dziećmi; piwo do meczu kupione przez żonę. Uznajemy, że to się nam należy. Gdy pozwalamy sobie na to, by tak fatalnie „się zapomnieć", na horyzoncie już widać kłopoty. Zdarza się też, że to spełnione wielkie marzenie o stabilizacji, zaczyna ciążyć. Pojawia się znużenie. Wtedy może okazać się, że coś, co z takim zapałem budowaliśmy, rozpada się i jest już nie do uratowania.

Poznałam niedawno pewną parę, która taki właśnie kryzys przechodziła. Małżeństwo z pewnym stażem, wspomnieniami, wspólnym życiem. Bezdzietni, ale przecież i bez tego wiele może ludzi łączyć. Tak było i w tym wypadku... kiedyś. A dziś? Poczułam pewien niesmak, kiedy dowiedziałam się, że on wdał się w romans z jakąś śliczną młodziutką dziewczyną. Oczywiste wydawało się, że jest tym złym. Kiedy jednak bliżej się im przyjrzałam, okazało się, że prawda leży pośrodku. Wina też. Andy i Evelyn - tak się nazywali. I ta trzecia: Samantha. Gdzie ich spotkałam? U nas. W teatrze. W „Jabłku” Verna Thiessena. Andy - w tej roli wymiennie zobaczyć można aktora radomskiego teatru Piotra Kondrata oraz występującego gościnnie Tomasza Dutkiewicza, jednocześnie reżysera sztuki - to facet, któremu można współczuć. Nie jest już młodzieniaszkiem, stracił pracę, a poszukiwania nowej nie idą dobrze. W takiej sytuacji nietrudno popaść we frustrację. Szczególnie, że jego małżeństwo przechodzi kryzys i najłatwiej jest od tego wszystkiego po prostu uciec.

Andy poznaje Samanthe, graną przez Annę Mrozowską, i choć stara się ona nie dopuścić do tego, by ta znajomość wyszła poza bliskość fizyczną, to dzieje się inaczej. Niewiele o niej wiemy. Nie chce o sobie opowiadać. Ostatnim elementem tej uczuciowej układanki jest Evelyn. W tej roli została obsadzona Katarzyna Jamróz. Aktorka, dotychczas oglądana na deskach radomskiego teatru raczej w rolach musicalowych, w ,,Cafe Sax" czy ,,Piaf", wcieliła się w postać stricte dramatyczną. Evelyn nie rozmawia. Ona wygłasza pewne kwestie, nawiązując pozorny i bardzo powierzchowny kontakt. Opowiada swojemu mężowi codzienne sytuacje z biura, ale nie słucha, co mówi on. Jedyne, na co może sie zdobyć, to wykpiwanie i krytyka jego starań w poszukiwaniu nowej pracy. Żyją pod jednym dachem, ale nie razem. Jeśli kiedyś coś między nimi było, jeśli to była miłość, to już dawno gdzieś uleciała. Taką właśnie sytuację widzimy na deskach teatru - trudną, poruszającą. Brakowało na Scenie Kameralnej tak prawdziwego i aktualnego spektaklu, tak zwyczajnego jak zwyczajne bywa życie, bo ,,Jabłko jest szalenie bliskie szarej codzienności.

To z jednej strony sztuka bardzo smutna - rozpadające się małżeństwo, mąż wdający się w romans, żona zapadająca na śmiertelną chorobę. Z drugiej strony jest to też spektakl krzepiący bo zły stan zdrowia Evelyn sprawia, że relacje miedzy małżonkami mają swój nowy początek i nabierają rumieńców. Teatr opuszcza się z mieszanymi uczuciami. Współczucie dla wszystkich trzech bohaterów miesza się z pewną ulgą, radością, że w sytuacji skrajnej możliwe było swego rodzaju oczyszczenie, które sprawiło, że Evelyn i Andy na powrót stają się sobie bliscy. Mimo tego, kiedy ona odchodzi, wydaje się, że po okresie naturalnego smutku, on będzie umiał na nowo szukać szczęścia. Wychodzi się z teatru zamyślonym, bo okazuje się, że trudne sytuacje budzą w człowieku potrzebę tworzenia więzi... a może to po prostu strach przed utratą tej małej, doskonale znanej stabilizacji. Każdy powinien ocenić to sam.

„Jabłko" to nie tylko spektakl głęboki, ale także śmiały. Odważne filmy obrazują sceny zbliżenia bohaterów. Namiętność zostaje ukazana dosłownie. Dobry wybór scenariusza powierzonego wprawnym dłoniom reżysera i równie trafne decyzje obsadowe. Katarzyna Jamróz, Tomasz Dudkiewicz, Piotr Kondrat to nazwiska z ugruntowaną na aktorskim rynku pozycji, które w ogromnej mierze budują nastrój spektaklu. To oni rozsnuwają przed widzem cienka nić relacji łączącej Andy‘ego i Evelyn. Duże doświadczenie aktorskie sprawia, że związek tych postaci jest prawdziwy i wiarygodny, po prostu z życia wzięty. Ogląda się ich na scenie z ogromną przyjemnością. Anna Mrozowska to natomiast dla radomskiego widza ktoś nowy, ale myślę, że z dużymi szansami na zdobycie jego dużej sympatii. Aktorka jest szczerze zaangażowana. Wydaje się, że po prostu podgląda się jej życie przez dziurkę od klucza. Jeśli trzeba by ją krótko opisać, to powiedziałabym „dziewczyna z pazurem". Czekam na następne role. Aktorom należy się tym większe uznanie, że reżyser zdecydował się ograniczyć scenografię do minimum. Na scenie znajduje sie jedynie ławka. Zbudowanie całej reszty należy do pojawiających się na deskach postaci. Artyści sprostali temu zadaniu doskonale, bo spektakl jest szczery i prawdziwy. Zdecydowanie warto obejrzeć ten spektakl jeszcze przed wakacjami.

Agnieszka Wojciechowska
„Ok! Magazyn” nr 83/maj 2016

Informacja o cookies
Korzystamy z plików cookies w celach statystycznych i umożliwienia funkcjonowania serwisu.
Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę.
Informacje o możliwości zmiany ustawień cookies »
Zgadzam się, zamknij X