[Wakar w środę] „Radom nie jest poematem nawet o poranku". A jednak...

Pokazali radomianie na festiwalu nową „Ferdydurke" w reżyserii Aliny Moś-Kerger i bardzo mi się to przedstawienie spodobało. Prawem gospodarza przygotowuje Teatr Powszechny na każdy festiwal własnego Gombrowicza. Dotychczas robił to solennie, korzystał z doświadczenia uznanych reżyserów, choćby Mikołaja Grabowskiego. Efekt zazwyczaj budził szacunek, ale nie przyspieszał tętna. Z „Ferdydurke" jest inaczej. Grają na kameralnej scenie, na tę okazję zamienioną w okrągłą arenę, bez żadnych dekoracji i podpórek. Kiedy aktorzy nie mają swoich scen, nie schodzą z oczu widzom, ale zajmują miejsca wokół owego podestu. Jest ich ośmioro, zwykle wcielają się w kilka ról, dziewczyny grają chłopaków, nie ma to większego znaczenia. Tematem radomskiej „Ferdydurke" jest bowiem dyktat formy, z minuty na minutę przeradzający się w opresję, odbierający podstawy wolności. Wybrzmiewa to w spektaklu mocno, pozwala spojrzeć na klasyczne już dzieło inaczej. Młodzi aktorzy z Kochanowskiego wypełniają je bowiem własnymi emocjami. To widowisko robione bez wyjątku siłami młodych, zwykle tuż albo ledwie chwilę po debiucie. Dlatego idą na całość, jakby od tego wieczoru zależało wszystko. Różnorodne inicjatywy, z konkursem „Klasyka Żywa" na czele, nie ożywiły raczej nowych odczytań polskiego kanonu. Dlatego wróżę radomskiej „Ferdydurke" nie tylko lokalne powodzenie.

Informacja o cookies
Korzystamy z plików cookies w celach statystycznych i umożliwienia funkcjonowania serwisu.
Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę.
Informacje o możliwości zmiany ustawień cookies »
Zgadzam się, zamknij X