Śmigasiewicza (i Kunickiej) głoski czasokresu

09.01.2013


W „Beckecie" Waldemara Śmigasiewicza zachodzi rzecz niepojęta - duch Becketta materializuje się na scenie i to ciało staje się słowem. Operując jedynie głosem i światłem, Śmigasiewicz wydobywa z telegraficznej, faworyzowanej przez Becketta treści przepych formy i zmysłowość Caravaggia. Sceną Powszechnego w Radomiu rządzi różnica w powtórzeniu, co zakrawa na cud w przypadku Becketta.

Samuel Beckett, znany z benedyktyńskiej skrupulatności w konstruowaniu didaskaliów, przypisów i odautorskich komentarzy, pozostawia znikome pole do manewru reżyserom swojej twórczości. W zasadzie jego dramaty, z arcyszczegółowym opisem scenografii, choreografii, kostiumów, światła i dźwięku, to już gotowe spektakle, tyle że na papierze. Dla miłośnika jego twórczości i zarazem niezależnego twórcy scenicznego to trudny orzech do zgryzienia.
I tak, gdy Antoniemu Liberze, znakomitemu tłumaczowi i reżyserowi Becketta, zarzuca się czasem translatorską nadgorliwość w inscenizowaniu mistrza*, Śmigasiewicza nie sposób posądzić o wtórność w „Beckecie". Śmigasiewicz „wybebesza" Becketta - wywraca go na drugą stronę i w konkrecie żywego ciała na scenie odsłania i twórczo komplikuje abstrakcyjność i tzw. „duchowość Becketta". Z wyczuciem. I poczuciem humoru.
Zalążek reżyserskiego przewrotu czai się już w tytule - Beckett jest wzięty w cudzysłów. Autor w oka przymrużeniu? Bo „Beckett" Śmigasiewicza to w istocie... zlepek jednoaktówek i kobiet - ich bohaterek. Absurdalnie, ten łobuzerski gest i twórcza przekora, doskonale wpisują się w samego Becketta, choć nie ma ich w didaskaliach. Bo, idąc dalej, „Beckett" to sam człowiek w oka przymrużeniu. Śmigasiewicz poddając go w wątpliwość wyraża nie tylko fikcyjną ale i prywatną niezgodę Becketta na bycie.

W oka przymrużeniu - czyli w światłocieniu. A na owe niuanse i subtelności, na podteksty i inter-teksty „Becketta" pracuje w równej mierze co genialna reżyseria świateł (rodem z Caravaggia), utalentowany zespół aktorski. Bez wyjątku aktorzy Śmigasiewicza po mistrzowsku wykorzystują i kontrolują głos - drugi, obok światła, fundament znaczenia w „Beckecie".

To właśnie ton głosu Karoliny Łękawy i Iwony Pieniążek - po mistrzowsku modulowany - zdradza ukryte w tekście „Kroków" pokłady ambiwalentnych uczuć i myśli matki i córki, narzuca interpunkcję - czasem pyta albo oznajmia wbrew literzetekstu - i tworzy wielość znaczeń w „Beckecie".
Na jeszcze większą uwagę zasługuje Danuta Dolecka jako kobieta w fotelu z „Kołysanki". Pomimo powtarzalności tekstu, monotonii ruchu i tonu, Dolecka przykuwa widza w całym jego jestestwie absurdalnym przepychem oszczędnie, przecież, wykreowanej postaci (i migotaniem sukni z... nieboskłonu - ponowne brawa dla oświetlenia).
„Katastrofa" dodatkowo uwypukla świetną pracę zespołową - Adam Majewski, Katarzyna Dorosińska i Robert Mazurek sprawiają wrażenie jakby się znali od zawsze (świetnie odczytują wzajemne intencje) i jakby grali swe role na co dzień i poza sceną. Rzadko ma się do czynienia w teatrze z taką świeżością i naturalnością w przypadku tak drobiazgowo opisanych w tekście postaci i ich poczynań na scenie.
Między wierszami (Becketta), Śmigasiewicz tworzy swojego „Becketta" z genialnych ciał i świateł. Wystawia widownię na, jak pisał Morsztyn, „śliczne pozorności" i, ostatecznie, poraża ją urodą przemijającego świata z Caravaggia. Nie epatuje, nie przygniata, ale rozkoszuje widza upływem czasu. I tak, w ostatniej (ostatecznej?) jednoaktówce „Przychodzić i odchodzić" trzy kobiety w lekko opalizującej, przygaszonej tafcie (niezłomne pomimo swej kruchości: Iwona Pieniążek, Karolina Łękawa i Danuta Dolecka) - trzy wiedźmy z „Makbeta" i zarazem trzy więdnące kwiaty - niemal rozsiewają wokół słodkawy, przecież, zapach rozkładu. Dopóki las Birnamski nie powstanie, świat nie jest taki zły, niech no tylko zakwitną jabłonie - zdają się śpiewać. Na nutę Becketta. Ale w cudzych słowach.

Monika Gorzelak
Dziennik Teatralny
9 stycznia 2013