Sumienie jak natrętna mucha

16.03.2012

 

«Czy ludzi można podzielić na lepszych i gorszych? Czy człowiek jest w stanie zabić i żyć dalej w zgodzie ze swoim sumieniem? 730 kroków, tyle dzieli mieszkanie Rodiona Raskolnikowa od drzwi lichwiarki. Czy przekroczy próg człowieczeństwa?

Niespełna dwa tygodnie temu na małej scenie "Powszechnego" odbyła się premiera "Zbrodni i kary" w reżyserii Grigorija Lifanova. Przedstawienie grane jest teraz niemal codziennie o godz. 11. To zapewne ukłon w kierunku szkół średnich, bo w kanonie lektur powieść Fiodora Dostojewskiego jest wciąż sztandarową pozycją. Ale inni widzowie, w końcu niektórzy przecież pracują, nie mają szansy zobaczyć w radomskim teatrze czegoś, co wreszcie nie jest bajką, farsą czy widowiskiem muzycznym. Szkoda.

Ale wracajmy na widownię. Mroczne petersburskie zaułki i przyćmione światło rzucane przez uliczne latarnie potęgują przeczucie, że wydarzy się coś strasznego. W tle słychać posępną melodię i... brzęczenie muchy, które będzie towarzyszyć widzom niemal przez cały spektakl. Natrętne brzęczenie ma pewnie przywodzić skojarzenie z trupem, padliną, której woń te owady zwabia.

Poznajemy Rodiona Romanowicza Raskolnikowa, młodego byłego student prawa, gdy nerwowo odmierza kroki od swojego małego pokoiku do mieszkania starej lichwiarki Alony Iwanowny. W jego niebezpiecznym umyśle coraz bardziej dojrzewa i nabrzmiewa niczym wrzód myśl o morderstwie. Nie dla zysku, przynajmniej nie o materialną korzyść tu chodzi. Błyskotliwy Rodion, zagrany brawurowo przez Marka Brauna, wierzy, że ludzkość dzieli się na jednostki wybitne, zdolne do krzewienia nowych idei i rozmnażający się, wegetujący motłoch. W szalonych rojeniach utwierdzają go tajemnicze, czarne postaci w cylindrach, jakby głosy w głowie, które podjudzają, prowokują: zabij!

Opętany myślą o sprawdzeniu siebie w roli osoby uwalniającej świat od wszy, (jak nazywa niegodnych, według niego, życia) upuszcza wreszcie "zatrutej" krwi, zabija siekierą lichwiarkę i przypadkowo znajdującą się tam nagle jej siostrę, Lizawietę. I o mało nie wpada w ręce innych klientów lichwiarki, z którymi była umówiona. Od tej pory ucieka, przed śledczymi i przede wszystkim własnym sumieniem.

Wydaje się, że już w chwilę po dokonaniu zbrodni Raskolnikowa dopadają wątpliwości, a na pewno strach. Dość chaotycznie pozbywa się siekiery i drobnego łupu, który zabrał Iwanownej. Skrywa się we własnym, małym i dusznym pokoiku, który sam później porównuje do trumny. Maligna i opętanie - oto skutki morderstwa, jakie popełnił.

Okazuje się, że jest zbyt słaby, że źle kalkulował, że nie przetrzyma wszystkiego. Marek Braun pokazuje całą swoją cielesnością wnikliwe studium obłędu Raskolnikowa. Odczucia widza mogą być ambiwalentne, bo Rodionem można gardzić, można mu współczuć lub nawet... mieć nadzieję, że uniknie kary wymiaru sprawiedliwości ziemskiej, bo pewnym jest, że jego sumienie nie zazna spoczynku do końca życia; będzie natrętnie przypominać o krwi, jaką przelał. W przejmującej rozmowie z Sonią (Paulina Dziuba), prostytutką o silnym poczuciu sprawiedliwości i żarliwej wierze, mówi: ja siebie zabiłem!

Na duże brawa zasługuje też rola Janusza Łagodzińskiego, który wcielił się w pozornie łagodnego (nomen omen!), ale wyrachowanego i diablo-inteligentnego śledczego - Porfirego. Psychologiczna zasadzka i retoryczna gra, jaką prowadzi z miotającym się, coraz bardziej neurotycznym Rodionem to prawdziwy popis gry aktorskiej. Każde spotkanie tych dwóch postaci trzyma w napięciu i tu znów plus za niejednoznaczność, bo trudno zdecydować się, komu kibicujemy.

Zwycięża dobro, miłosierdzie i prawda, uosobione w Sonii. To najpierw jej Rodion wyznaje, że zabił i dzięki sile jej miłości (?) postanawia przyznać się publicznie do zbrodni, co wiąże się z karą ośmioletniej zsyłki na Syberię. Wydaje się, że w momencie, gdy Raskolnikow wyznaje swoje winy i godzi się na karę, odzyskuje spokój.

Katarzyna M. Wiśniewska
"Gazeta Wyborcza"
16.03.2012