Sumienie jak natrętna mucha

14.05.2012

 

Pokazać widzowi, czym jest gryzące sumienie - to nie lada wyzwanie dla reżysera teatralnego. Grigorijowi Lifanovowi, twórcy "Zbrodni i kary" w radomskim Teatrze Powszechnym, udało się to znakomicie. Od początku spektaklu publiczności towarzyszyło dokuczliwe bzyczenie muchy, które w pewnym momencie stało się wręcz nie do wytrzymania. Było jak natrętna myśl, która narodziła się w umyśle Raskolnikowa. Widzowi wydawało się, że reżyser postanowił się nad nim znęcać, nie przerywając tego przykrego odgłosu.

Zapewne podobnie czuł się główny bohater Dostojewskiego z kołaczącym w umyśle pomysłem zabicia lichwiarki, który tak bardzo go opętał, że - nie mogąc się od niego uwolnić - zdecydował się zrealizować straszny plan. Irytujący dźwięk latającej muchy jednak trwał nawet po dokonaniu zabójstwa, z tym, że z perspektywy Raskolnikowa z opętańczej myśli przekształcił się w dręczące zabójcę wyrzuty sumienia. Wyrzuty, które powoli doprowadziły głównego bohatera do szału, tak jak widza doprowadzało na skraj wytrzymałości owo zagłuszające wszystko brzęczenie muchy.
Zbrodnia i kara TEATR POWSZECHNY Radom

Odtwórca roli Raskolnikowa - Marek Braun - zagrał perfekcyjnie. Swoim głosem, mimiką, gestem ukazał całe pokłady emocji targających człowiekiem, który popełnił zbrodnię. Strach w oczach, niepewność ruchów, kulenie się w sobie, majaczenia, nagłe wybuchy gniewu, niekontrolowany krzyk - całą tę gamę ludzkich odruchów aktor w znakomitej grze zaprezentował na scenie. Obserwując zewnętrzne zachowania Raskolnikowa, widz dokładnie wiedział, co bohater przeżywa, Braun starał się bowiem owe wewnętrzne emocje przełożyć na język gestów i ruchu scenicznego.

Lifanov w swojej adaptacji skupił się bardzo mocno na jednym aspekcie życia Raskolnikowa, mianowicie na jego młodym wieku. Młodość została ukazana jako okres chaosu, ciągłych poszukiwań, burzliwy czas, w którym krystalizują się w niedojrzałym i niedoświadczonym człowieku najprzeróżniejsze idee - nawet te bardzo niebezpieczne. I tu pojawił się drugi, mocno uwypuklony aspekt sztuki - radykalizm jednostek, które, nie znajdując oparcia w tradycyjnych wartościach, starają się przekształcić otaczający świat na swoją modłę. Czasami robią to w sposób niezwykle drastyczny, eliminując osoby według nich mniej wartościowe, czyli ludzkie wszy, natrętne muchy, które nie pozwalają ludziom wybitnym w spokoju egzystować, ponieważ irytują ich swoim bzyczącym bytem.

Zupełnym przeciwieństwem Raskolnikowa w przedstawieniu, jego antytezą sceniczną był dojrzały i opanowany sędzia śledczy - Porfiry. Znakomity w tej roli Janusz Łagodziński wykreował genialną postać, różną od dość ponurego literackiego pierwowzoru. Jego Porfiry to człowiek pełen dobrego humoru, z dezynwolturą prowadzący śledztwo w sprawie zabójstwa lichwiarki i jej siostry. Rozgrywkę psychologiczną z Raskolnikowem poprowadził z dystansem i dużym ładunkiem nonszalancji. Nie przekreślił młodego studenta, nie pogrążył go, ale dał mu szansę na odkupienie win, widząc w nim nie tyle okrutnego zbrodniarza, ile niedojrzałego człowieka, który pogubił się i wykształcił zbyt radykalne wizje uleczenia świata.
Zbrodnia i kara TEATR POWSZECHNY Radom

Dwie spolaryzowane osobowości zostały przydzielone do swoich miejsc na scenie - Raskolnikow miał skromnie urządzony pokoik z łóżkiem, stolikiem, taboretem, węzełkami książek, naprzeciwko znajdował się schludnie i elegancko urządzony gabinet Porfirego. Środek sceny natomiast to labirynt petersburskich ulic - szarych, mrocznych, oświetlonych nielicznymi latarniami - po których miotał się nieszczęśliwy zbrodniarz, uciekając przed irytującymi jak natrętna mucha wyrzutami sumienia. Wciąż słyszał wokół wyimaginowane szepty i krzyki: "morderca, morderca", uosobione jako elegancko i wykwintnie ubrani Czarnych Ludzie (poetycko zagrani przez Kamila Woźniaka i Wojciecha Ługowskiego).

Mroczną i przygnębiającą wizję miasta oraz jego mieszkańców ożywiły postacie kobiece - zaradna, pełna werwy Anastazja (w tej roli Joanna Jędrejek) oraz spokojna, subtelna i wyważona Sonia (Paulina Dziuba). Reżyser właściwie nie skupił się, jak autor "Zbrodni i kary", na przeżyciach i niepokojach kobiety upadłej. Postać Sonii miała za zadanie wytwarzać aurę spokoju, koić skołatane nerwy Raskolnikowa, ale też dawać oparcie publiczności zmęczonej dźwiękiem uciążliwej muchy. Znakomitą grę aktorską i pomysłową scenografię w tonacjach czerni i szarości dopełnił motyw przewodni przepięknego "Walca nr 2" Dymitra Szostakowicza, porywający zabójcę lichwiarki i jej siostry w stronę odkupienia, nadziei i życia.

Radomskie przedstawienie to teatr uniwersalny, przeznaczony dla szerokiej publiczności, dla tych, których poruszają niebanalne ludzkie historie; to także teatr aktualny w czasach, gdy wciąż słyszy się o szaleńcach chcących zrobić na swój sposób radykalny porządek ze światem, a młodzież bezkrytycznie przyjmuje za pewnik najróżniejsze, często groźne idee, nie mając mocnego oparcia w otaczającym świecie i wśród najbliższych. Przede wszystkim jest to teatr niebanalny i niezwykły, oglądając bowiem "Zbrodnie i karę" w reżyserii Lifanova, ma się wrażenie obcowania poprzez teatr z wielką literaturą, co tu dużo mówić - z arcydziełem.

Michał Kański
Teatralia Radom
Nr 19 (19)
14 maja 2012