Takie rzeczy się zdarzają

06.10.2011

 

W sobotę w Powszechnym premiera popularnej w Polsce i na świecie farsy Michaela Frayna "Czego nie widać". O spektaklu mówi jego reżyser Tomasz Dutkiewicz


Karolina Stasiak: "(...) w tę pozornie nieciekawą fabułę jest wpisana prawdziwa jazda bez trzymanki (...)" - tak na swojej stronie internetowej teatr promuje przedstawienie. Zgadza się pan z tym?

Tomasz Dutkiewicz: Dokładnie tak będzie. To świetny spektakl, bo opowiada o teatrze. Świetny także dla nas, bo przy pracy nad tym tekstem aktorzy dobrze się bawią. Uświadamiają sobie, że to jest prawda, prawda i tylko prawda. Chociaż jak obejrzą to widzowie, to jestem święcie przekonany, że pomyślą sobie, iż takie rzeczy się nie zdarzają, że to niemożliwe. Nagromadzenie absurdu na minutę jest tak ogromne, że wydaje się to nieprawdopodobne. Ja mogę zaś potwierdzić - wszystko, co jest w tej sztuce, jest prawdą. Takie rzeczy zdarzają się w teatrze.

Oczywiście w spektaklu są te sytuacje skondensowane?

- Gdyby za każdym razem tyle rzeczy miało się zdarzyć w jednym spektaklu, to widownia chyba nigdy niczego by nie obejrzała. Ale muszę przyznać, że to, co będzie można zobaczyć, dzieje się m.in. u nas na próbach. To jest przepiękna sztuka, pełna radość i myślę, że publiczność będzie mieć dużą radość, oglądając ją. Zawsze jest przecież najśmieszniejsze to, czego nie widać, czyli to, co dzieje się za kulisami teatru w trakcie spektaklu. Sztuka jest tak skonstruowana, że pierwszy akt jest opowieścią o nocnej próbie generalnej, drugi akt to spektakl grany kilka dni po premierze i widziany od strony kulis, trzeci akt to kolejne przedstawienie, ale tym razem widziane od strony widza.

Czy od strony realizacyjnej jest to trudne przedsięwzięcie?

- W Radomiu nie jest to trudne, bo jest scena obrotowa. Wystarczy ją obrócić i mamy już kulisy. Gorzej, jak teatry nie mają sceny obrotowej, wtedy w czasie przerwy musi nastąpić demontaż całej dekoracji i zmiana stron.

Czy "Czego nie widać" naśmiewa się trochę z teatru i aktorów?

- Ona się nie naśmiewa, pokazuje to, co się zdarza w prawdziwym teatrze. Ale może rzeczywiście jest to trochę takie pół krzywe zwierciadło. Trzeba pamiętać, że aktorzy to nie Hamlet, to nie Makbet, ale żywi ludzie, którzy wnoszą na próby wszystkie swoje problemy, miłości, nienawiści. Tutaj w sposób nieprofesjonalny przenoszą się na ich sposób grania i to ma swoje skutki w samym spektaklu.

Wszystko jest jednak ujęte w farsowy sposób?

- Jak najbardziej, jest to farsa nazywana matką fars. Jest grana od 30 lat z powodzeniem na całym świecie, także w Polsce.

Pojawiają się nawet opinie, że to taki mercedes wśród fars?

- Myślę, że tak, bo to jest genialnie napisana sztuka. Byłem świadkiem, jak reżyserzy zabierając się do niej - a oni często najlepiej wszystko wiedzą - zaczęli coś zmieniać, wyrzucać, dawać inne rozwiązania. Najczęściej jednak w połowie prób wracali do pierwotnej wersji i realizowali wszystko pokornie z didaskaliami autora. Gdy zaś doprowadzali wszystko do końca, spektakl okazywał się katastrofą, kompletnie nieśmieszną.

Muszę dodać, że ten tekst jest jak partytura muzyczna. Drugi akt został rozpisany co do sekundy. Jak jedne drzwi się zamykają, to drugie muszą się otworzyć. Ktoś wychodzi, kładzie tylko jeden rekwizyt, a już sekundę potem ktoś go bierze, aby za chwilę oddać jeszcze komuś innemu. Zrobienie tego w sposób nieporządny i niedokładny oraz niezgodny z intencjami Frayna skończyć się może tylko bałaganem i sprawi, że to, co zobaczymy, będzie o niczym.

Czego dowiadujemy się z tej sztuki o aktorach?

- Samej prawdy się wszyscy dowiedzą.

Ale czego dokładnie, np. że są zadufani w sobie?

- Ależ oczywiście, że są. Są też egoistyczni, cudowni, złośliwi, z wielkim sercem, nadwrażliwi. Ludzie teatru, a sam do nich należę, to kompletni wariaci. Każdego z nas prędzej czy później czeka pewien rodzaj szaleństwa. Inaczej nie da się tego zawodu uprawiać.

Fani angielskiego humoru będą chyba najbardziej zadowoleni z wizyty w teatrze?

- Jest dużo angielskiego humoru, ale jest to ten jego rodzaj, który absolutnie jest czytelny na całym świecie.

Akcja dzieje się w latach 80. XX w. Trzeba było dokonać uwspółcześnienia?

- Sztuka na pewno nie będzie przeniesiona w realia radomskie, nie widzę ku temu żadnego powodu. Akcja rozgrywa się w Anglii, ale nie ma żadnych odnośników co do tego, kiedy się dzieje. Gramy to współcześnie. W całym spektaklu musieliśmy zmienić chyba dwa mało znaczące drobiazgi.

Premiera spektaklu w sobotę o godz. 18, bilety normalne 40 zł, ulgowe 28 zł.

 

Galerię zdjęć z prób znajdziecie Państwo TUTAJ.

 

"Gazeta Wyborcza"
5.10.2011