Teatr na chilloucie

20.03.2009

Lubię leniwe tempo, niespieszny rytm, lekkość i intensywność spektakli Michała Siegoczyńskiego. Lubię klimat "2084", ale nie mogę wybaczyć reżyserowi, że postanowił zostać także autorem. (...)
Po "Taśmie", "Hollyday" i "Ellingu" wiem już, że Michał Siegoczyński ma własny reżyserski styl. Wydaje się, że młody artysta tworzy swe spektakle z niczego. Z pustki, zatrzymanych gestów, przerwanych w połowie zdań. Z sytuacji kiedy powietrze nabiera ciężaru, bowiem wypełnia je tęsknota, chęć bycia z kimś najbliżej jak się da, pożądanie. Gdy erotyka staje się sposobem budowania więzi albo drogą zapomnienia. Po "Hollyday" w warszawskim Studio napisałem, że Siegoczyński robi teatr prawdziwie pokoleniowy. Wie dokładnie, do kogo adresować swe przedstawienia. I nic dziwnego, że nie jest odrzucany. Autorską wariację Siegoczyńskiego na temat "Śniadania u Tiffany'ego" grano w ogromnej jak na tego twórcę przestrzeni.
Zrealizowany w radomskim Teatrze Powszechnym w koprodukcji ze stołecznym Teatrem Na Woli spektakl "2084" jest powrotem do skrajnej scenicznej intymności. Jest dwoje ludzi - Ona i On. Noszą imiona grających ich aktorów - Aleksandry Bednarz i Krzysztofa Prałata. Najpierw siadają na ustawionych na proscenium krzesłach i zaczynają swoją opowieść. Mówią o początku znajomości, narodzinach wzajemnej fascynacji, pierwszej randce, pierwszym seksie. Niezobowiązująco, a jednak ze świadomością widzów. Jakby znaleźli się w telewizyjnej hali nagrań podglądani przez złaknioną pikantnych szczegółów publiczność. Potem zaczynają się sobą bawić, podgrywać poszczególne scenki. Po chwili zaś niepostrzeżenie dochodzą donikąd. Koniec związku, koniec miłości, absolutna pustka. Chillout w teatrze, chillout życia. "2084" wciąga i odrzuca jednocześnie. Z rosnącym podziwem patrzyłem na aktorów, ich budowaną na scenie relację, rodzaj wzajemnego przyciągania, szczerego chyba kontaktu. Krzysztof Prałat ma w sobie kanciastość chłopaka, który wpierw pragnie zdobyć dziewczynę, a potem nieświadomie, a może i świadomie ją rani. Aleksandra Bednarz ma w sobie czułość, naturalność i nieokrzesanie. Bywa bezradna i silna, świadomie wykorzystująca swą urodę, a za chwilę całkowicie o niej zapomina. Ma coś rzadkiego u scenicznych debiutantek - wyczucie ciała i odwagę. W polskim teatrze pojawił się ktoś, od kogo trudno oderwać wzrok. (...)

"Teatr na chilloucie"
Jacek Wakar
Dziennik nr 49 - Kultura
27.02.2009

Informacja o cookies
Korzystamy z plików cookies w celach statystycznych i umożliwienia funkcjonowania serwisu.
Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę.
Informacje o możliwości zmiany ustawień cookies »
Zgadzam się, zamknij X