To wnikliwa opowieść o ludziach

15.05.2011

 

- Spośród bogatego repertuaru autora wybrała pani do realizacji na radomskiej scenie "Jednorękiego". Z jakiego powodu?
Twórczość Martina McDonagha należy do moich ulubionych, sztuki tego autora reżyserowałam kilkakrotnie i za każdym razem z duża przyjemnością i satysfakcją i - na ile ja to potrafię ocenić - z dobrym efektem. Dlatego z zainteresowaniem śledzę jego kolejne teksty. I tak na tę sztukę trafiłam. Zaintrygował mnie ten, dość nietypowy dla tego irlandzkiego dramatopisarza tekst. To jego pierwsza sztuka osadzona w realiach amerykańskich. Ponad rok temu była wstawiana w Nowym Jorku, a także chyba w Melbeurne. Przedstawienie w Teatrze Powszechnym w Radomiu będzie pierwszym polskim, o ile nie europejskim wystawieniem.

- Sztuka zawiera elementy czarnego humoru, groteski, ale także refleksyjne. Czy na któreś z nich kładzie pani szczególny akcent w swoim przedstawieniu?

Z tymi kategoriami to jest tak, że my uwielbiamy klasyfikować, chcemy wiedzieć, że coś jest komedią, coś groteską, a coś farsą. Jak wiemy, to się czujemy pewniej. Twórczość McDonagha wymyka się oczywistym klasyfikacjom. Powiedziałabym, że to jest dramat psychologiczny z elementami groteski, absurdu i czarnego humoru. A generalnie „Jednoręki ..." to wnikliwa opowieść o ludziach.

- Ale jest tu opowiedziana jakaś historia?
Tak, to jest realistyczna opowieść o czwórce bohaterów. Rzecz dzieje się w jednym pokoju hotelowym, oglądamy jedno zdarzenie z ich życia. Natomiast bohaterowie są dość szczególnie sportretowani przez autora.

- Miała pani jakąś specjalną intencję wybierając tę historię?
Reżyser podejmuje się jakiegoś tekstu gdy znajduje w nim coś, co go dotyka osobiście, (przynajmniej ja tak pojmuję istotę tego zawodu). A za tym idzie intencja, by spektakl dotknął również widza. Trywialnie mówiąc, jest to opowieść o szukaniu celu w życiu. I to dotyczy nas wszystkich, wszyscy szukamy tego celu. Bohaterowie sztuki nie są arystokratami, królami, mesjanistami. To czwórka przeciętnych ludzi, z których każdy ma za sobą jakąś traumę, jakieś doświadczenie, które spowodowało że stał się tym kim jest w momencie kiedy go spotykamy. Mówiąc o sprawach poważnych nie chcę pozbawić tego spektaklu ogromnej, silnej warstwy humorystycznej zapisanej w tekście dramatu... Przy czym jest to typ humoru, który polega na bardzo mocnym przerysowaniu ludzkich cech, które wzbudzają śmiech. A potem się orientujemy, że takimi samymi cechami sami jesteśmy obdarzeni.

- Sam autor jest nietuzinkową osobą, podobno lubi szokować. Czy pani też chce zaszokować widza?
Ale co to znaczy zaszokować?

- To znaczy, że widz zobaczy coś, czego się nie spodziewał...
Myślę, że juz w samej fabule sztuki jest coś, czego widz się nie spodziewa. I co w pierwszej chwili wydaje się kompletnym idiotyzmem wymyślonym przez autora, ponieważ główny bohater nie ma ręki i szuka jej od 27 lat, opowiadając historię o tym jak ją stracił. Sam mówi, że nawet jak ją znajdzie, to ona mu się do niczego nie przyda. „Ale jest moja i ja ją chcę mieć". Taka jest idea życia głównego bohatera. Pomysł w swoim zamyśle jest dość absurdalny. Ale im bardziej się w ten tekst wgłębiam, to widzę, że to jest i wiarygodne, i możliwe. Zachowanie głównego bohatera wynika z jego przeszłości, podobnie jak i pozostałych. Mamy np. portiera, który nie może sobie poradzić z samotnością, traumą dzieciństwa, miłością do małpy, która umarła. Mamy dwójkę młodych dilerów narkotyków. Niewiele wiemy o ich przeszłości, ale widzimy ze żyją w naiwnym przekonaniu, że jak ktoś się zachowuje jak „psychol", to łatwo sobie z nim poradzić. My też tak myślimy: a to jakaś patologia, jakieś wariactwo... A do tego w sztuce jest trochę kryminalnej fabuły. Więc taki koktajl wielu elementów. Ale - podkreślam - dla mnie najważniejsza jest prawda bohaterów, ich osobisty dramat. A że całość osadzona jest w sosie absurdu, sensacji, czarnego humoru, no to tym lepiej.

- Sztuka jest osadzona w amerykańskich realiach. Czy tu wniosła pani jakieś zmiany?
Uciekałam od dosłowności realiów amerykańskich, ale nie za wszelką cenę. Akcja sztuki ma miejsce w jednym pokoju hotelowym a przecież małe hoteliki, zdarzają się wszędzie na świecie, ludzie samotni ze swoimi problemami zdarzają się też wszędzie. Jedynym kłopotem było to, że jeden z bohaterów jest czarnoskóry i to ma swoje konsekwencje. My budujemy postać człowieka o odmiennym kolorze skóry, niekoniecznie afroamerykanina. Autor się na to zgodził, bo tu już nie chodzi o kolor skóry, ale o fakt inności, odmienności. A Polska, choć nie jest krajem rasistowskim, mogłaby się w tej dziedzinie paru rzeczy powstydzić... A co do pozostałych realiów?.... Przecież czy w Ameryce czy w Polsce wyglądamy podobnie, ubieramy się tak samo, mamy te same sieci sklepów.. Nie trzeba było zatem wielkich zmian.


Rozmawiała: Bożena Dobrzyńska
www.mojradom.pl 12.05.2011