Ulico szalona! Ulico cicha! Ulico złota!

07.05.2012

 

Spektakle wystawiane na scenie kameralnej mają to do siebie, że nieco przypominają szkolne przedstawienia. Mała powierzchnia, niewielu widzów, brak wyraźnej granicy między sceną a widownią, kilku aktorów, uproszczone dekoracje. Taka właśnie jest "Uliczna ballada" w reżyserii Andrzeja Sadowskiego - skromna, rozgrywająca się jakby w domku dla lalek, z dekoracjami uproszczonymi do minimum. Ale jej przekaz jest zupełną odwrotnością kameralności przedsięwzięcia - ma po prostu wielką siłę rażenia.

"Uliczna ballada" to na pewno bardzo ważny spektakl dla radomian. To tu w życie zwykłych ludzi wkrada się wielka historia. Ta historia wikła i niszczy życiorysy. Ta historia, mimo upływu czasu, wciąż trwa, tkwi niczym zadra, niczym ostry cierń w sercach ludzi wzgardzonych, poniżonych i uwikłanych w wydarzenia Czerwca '76. Kto usunie ten cierń? Czy ktoś się odważy? Ktoś stanie na wysokości zadania?

Jak to w balladach bywa, fabuła jest tylko szkicem, ale szkicem bardzo wyraźnym. Dominantę spektaklu stanowią dramatyczne dla Radomia wydarzenia z 25 czerwca 1976 roku, jednak to nie one dzieją się na scenie. To jedynie ich echa docierają do jednej z kamienic przy ulicy Piłsudskiego. Widzowie poznają historię osiemdziesięcioletniej kobiety, Pani Lodzi (w tej roli mimo wszystko trochę za młoda Danuta Dolecka), byłej funkcjonariuszki peerelowskiego aparatu bezpieczeństwa. Kobiety, która tak naprawdę do dziś nie zdaje sobie sprawy, w budowaniu jakiego systemu uczestniczyła wraz z mężem. W mniemaniu bohaterki powszechna w PRL-u kontrola korespondencji to właściwie nic złego. Jej udział w tym procederze to jedynie forma ochrony systemu przed wywrotowym elementem. Dlatego oburza się, gdy słyszy w telewizji o próbach obniżenia lub odebrania emerytur peerelowskim aparatczykom. Nie rozumie, dlaczego nie można zostawić w spokoju starych już i często schorowanych ludzi dawnej władzy. Czy ma wyrzuty sumienia? Raczej nie. Żwawa osiemdziesięciolatka żyje w zupełnej nieświadomości, nie zdaje sobie sprawy, do czego zdolny był miniony system.

Szkoda, że staruszki nie uświadomi Anna (świetna Joanna Jędrejek), opiekująca się nią sąsiadka, skrzętnie skrywająca bolesną tajemnicę sprzed lat. Z zaciśniętą pięścią i łzą w oku słucha wywodów Pani Lodzi o tym, jak kiedyś było cudownie. Rzeczywiście było. Ale dobrobytu doświadczał jedynie "salon". Salon świetnie się bawił, salon śpiewał (nawet słowo "sala" w piosence Jerzego Połomskiego Pani Lodzia zamieniła na "salon") i salon jeździł za granicę, korzystając z finansowych profitów za działalność przeciw wywrotowcom. Anna jednak milczy od 1976 roku, kiedy to została w okrutny sposób upokorzona na komisariacie milicji.

"Przeszłość wcale nie odeszła, ani nie umarła. Przeszłość jest teraźniejszością" - padają na scenie słowa. Anna nosi w sercu swą krzywdę do dzisiaj. Swoją krzywdę nosi też młodziutka Kasia (w tej roli bardzo sugestywna Karolina Łękawa), wychowana bez ojca, który padł ofiarą represji po zajściach czerwcowych, a nie wytrzymawszy presji psychicznej spowodowanej ciągłym nękaniem przez milicję, popełnił samobójstwo.

To właśnie jego monolog z zaświatów uzupełnia akcję przedstawienia. Andrzej (grany przez Wiktora Korzeniowskiego), ubrany na biało niczym anioł, przywołuje dawne wydarzenia - całą spiralę zdarzeń rozpętaną w Radomiu po ogłoszeniu projektu drastycznych podwyżek cen żywności w kraju: od wstrzymania pracy w Zakładach Metalowych "Łucznik" i pochodu robotników ulicami miasta, aż po represje wobec Radomia i jego mieszkańców oraz ich reperkusje, trwające po dziś dzień. Anioł Andrzej czuwa, by pamięć o Czerwcu '76 przetrwała. Jego rozpaczliwy krzyk niesie się przez radomskie ulice. Skrwawiona biel jego stroju wyraźnie przemawia do widza - to władza mściła się na niewinnych ludziach, na komisariatach milicji sączyła się krew demonstrantów walczących o godność, ale i przygodnych osób oskarżanych o zakłócanie porządku i niszczenie mienia. Pojemnik z czerwoną farbą nad głową Andrzeja jak klepsydra odmierza krople krwi przelane w miejscach zatrzymań i na ulicach Radomia. Ile ich było? Chyba nikt tego nie zliczy. Część osób sponiewieranych przez reżim milczy, jak Anna, do dziś.
Uliczna ballada TEATR POWSZECHNY Radom

Spektakl nawiązuje do popularnej obecnie oferty interaktywnych muzeów, chociażby stołecznego Muzeum Powstania Warszawskiego lub Muzeum Historycznego Miasta Krakowa w Fabryce Schindlera. Skromne dekoracje uzupełnia podzielona na dwie części tablica. Na jednej pokazywane są archiwalne filmy z zajściami w Radomiu i słowa Gierka, które także słychać z dość niewyraźnych nagrań. Druga część zabiera widza na wycieczkę po ulicach i zakamarkach miasta widzianych z lotu ptaka. Pod koniec spektaklu na tablicy, za sprawą podłączonej do niej kamery, widać to, co się dzieje na scenie. To Kasia rejestruje emocje bohaterów spektaklu.

W spektaklu pojawiają się także wstawki śpiewane - uroczo wykonywane przez nieśmiałą i zawstydzoną Kasię. Dziewczyna pisze też listy i rysuje kredą na tablicy obrazki dla zmarłego przedwcześnie taty, które są próbą wyrażenia tęsknoty za tym, czego nie doświadczyła w dzieciństwie. Pani Lodzia natomiast puszcza piosenkę Jerzego Połomskiego i wiruje po scenie w rytm utworu "Cała sala śpiewa z nami".

Reżyser bardzo dobrze orientuje się w panujących trendach i podejmuje z widzem całkiem udaną grę, zwielokrotniając jego zaangażowanie w oglądanie przedstawienia licznymi bodźcami. Bardzo dobrze dobrane są też stroje bohaterek. Typowo kobiece ubiory mogą pochodzić z lat siedemdziesiątych, mogą być zupełnie współczesne. Kostium Andrzeja jest niezwykle wymowny i pasujący do tej postaci.

Aktorzy naprawdę wczuwają się w swoje role. To bohaterowie z krwi i kości. Pani Lodzia jest bardzo beztroska, ale jednocześnie uzewnętrznia swoją złość i niechęć do nowej polskiej rzeczywistości. Anna wciąż tłumi w sobie gniew, cały czas chce wybuchnąć, ale erupcje uczuć są wyciszone i przytępione. Kasia to zagubiona dziewczyna, urzeka swą prostolinijnością i niewinnością. Wszystkie jej działania noszą znamiona typowe dla performansu - widz ma wrażenie, że Łękawa podchodzi do wszystkich swoich działań bardzo osobiście, każdy jej gest i mina świadczą o jej ogromnym zaangażowaniu. Andrzej zaś kipi od złości. Jemu wolno głośno wyrazić gniew i gorycz niewinnie skrzywdzonego. Wszak już jest po drugiej stronie niewdzięcznego życia. Wciąż jednak tkwi w swojej przeszłości, siedzi na krześle jakby w trakcie przesłuchania, pod lampką, z której kapie czerwona farba i bruka jego śnieżnobiałe ubranie.

Siła przedstawienia tkwi przede wszystkim w szerokim potraktowaniu tematu Czerwca '76. Poznajemy te dni z perspektywy nie tylko czworga bohaterów całkiem inaczej uwikłanych w historię, ale przecież także z materiałów filmowych prezentowanych na tablicy i nagrań dźwiękowych. Moc spektaklu tkwi w zastosowaniu całego spektrum mediów i rekwizytów, w przemieszaniu różnych czasów, miejsc i płaszczyzn, a także w przekazywania informacji o tamtych wydarzeniach z trzech różnych pespektyw, w postaci trzech nakładających się opowieści: Andrzeja w zaświatach, Kasi na radomskiej ulicy oraz Pani Lodzi i Anny w mieszkaniu staruszki.

I wreszcie, siła "Ulicznej ballady" tkwi także w jej prostym przekazie moralnym. Pani Lodzia - zagorzała komunistka zostaje ukarana. I to nie przez nieradzący sobie z takimi sprawami wymiar sprawiedliwości, a zwyczajnie przez los. Obiecywany jej wspaniały apartament w domu spokojnej starości "Lawendowa dolina" okazuje się zwykłą klitką w radomskim domu starców, do którego nie będzie mogła zabrać ani większości swoich rzeczy, ani ukochanych psów.

Symbolicznie karząc beztroską współtwórczynię antyludzkiego systemu, autorka tekstu, Teresa Opoka, oraz reżyser spektaklu koją ból, który ciągle wywoływany jest przez cierń tkwiący w sercach poszkodowanych, oraz składają hołd ofiarom wydarzeń czerwcowych, Radomiowi i jego mieszkańcom.

Michał Kański
Teatralia Radom
Nr 18 (18)
7 maja 2012