Uniwersalna opowieść o istocie człowieczeństwa

13.07.2012

 

 

„Zbrodnia i kara" w reżyserii Rosjanina Grigorija Lifanova miała swą premierę 3 marca 2012 roku na deskach Teatru Powszechnego im. Jana Kochanowskiego w Radomiu. Mimo że od premiery minęło już prawie dwa miesiące, spektakl nadal cieszy się ogromnym zainteresowaniem wśród radomskiej publiczności, czego najlepszym dowodem są pełne sale i wykupione (co do ostatniego) bilety. Na czym więc polega fenomen sztuki Lifanova?
„Zbrodnia i kara" w jego reżyserii trwa niespełna dwie godziny i z całą pewnością nie jest wiernym odtworzeniem książki Dostojewskiego. Reżyser świadomie zrezygnował z wielu wątków i postaci, które znaleźć można na kartach powieści. Skupił się przede wszystkim na ukazaniu stanów emocjonalnych Rodiona Raskolnikowa, który zamordował dwie kobiety - lichwiarkę i jej siostrę.
Sam spektakl zaczyna się dość ciekawie: kiedy widzowie wchodzą do sali (w tym przypadku Sali Kameralnej, w której scena znajduje się między dwiema widowniami umiejscowionymi naprzeciwko siebie) aktorzy już są na niej obecni. Wywołuje to pewne zaskoczenie wśród widowni, która ma wrażenie, jakby obserwowała zupełnie odrębną rzeczywistość, zupełnie odmienny świat. Widz nie ma właściwie czasu na psychiczne przygotowanie się do tego, co będzie za chwilę oglądał. Podczas gdy aktorzy spacerują po kładkach imitujących pomosty i uliczki w Petersburgu, publiczność skupia się na obserwacji scenografii. Widzimy więc prostokątną scenę, na której zbudowano wspomniane już mosty petersburskie, wokół których znajduje się „woda". Na lewo (bądź prawo, zależy po której stronie widowni ma się miejsce) znajduje się mieszkanie lichwiarki, Alony Iwanowny. Nie wiemy, jak wygląda jego wnętrze, w zasięgu naszego wzroku pozostają tylko drzwi do mieszkania i dzwonek. Po tej samej stronie, nieco wyżej, widnieje mały pokoik Raskolnikowa, a naprzeciwko - po drugiej stronie sceny - gabinet sędziego śledczego, Porfirego Piotrowicza. Taki układ pomieszczeń daje odczucie, że musi dojść do nieuchronnej konfrontacji między tymi postaciami.
Jak już wspomniałam, reżyser zrezygnował z wielu wątków, scen, monologów i postaci. Sztuka skupia się więc przede wszystkim na osobie Raskolnikowa i jego przeżyciach. Mamy zatem rozterki i rozmyślania Rodiona na temat piątego przykazania („Nie zabijaj"), podziału ludzi na gorszych i lepszych, jego plany zabójstwa lichwiarki, aż wreszcie samą zbrodnię i mordercze walki słowne między Raskolnikowem i Porfirym. Koniec sztuki ukazuje głównego bohatera, który, klękając na cztery strony świata, przyznaje się do popełnionej zbrodni i godzi się iść na katorgę.
Oglądając „Zbrodnię i karę" przede wszystkim zwraca się uwagę na niezwykłą grę aktorów. Lifanov okazał się bardzo dobrym strategiem - zespół, jaki dobrał, idealnie odnalazł się w swoich rolach. Na uznanie zasługują tu przede wszystkim dwaj aktorzy: Janusz Łagodziński (Porfiry) i Marek Braun (Raskolnikow).
Marek Braun wystąpił w roli Rodiona Romanowicza Raskolnikowa - ubogiego studenta prawa, który w akcie desperacji i rozpaczy dokonuje podwójnego morderstwa. Aktor doskonale poradził sobie z graną przez siebie postacią, która naprawdę porusza do głębi. Oglądając spektakl, widz staje się świadkiem przemiany Rodiona. Mężczyzna po dokonaniu zbrodni popada
w nieustanne stany lękowe, słyszy głosy krzyczące „Morderca!", „Morderca!", stopniowo ogarnia go przerażenie i szaleństwo, co doprowadza go ostatecznie do załamania nerwowego. Marek Braun w perfekcyjny sposób odtwarza wszystkie te emocje i stany psychiczne. Patrząc na jego grę mamy wrażenie, że oto widzimy przed sobą prawdziwego Raskolnikowa, toczącego walkę ze swoim sumieniem i przekonaniami. Braun doskonale wcielił się w rolę zbrodniarza targanego silnymi, sprzecznymi emocjami. Każde jego słowo, każdy gest, mina - wszystko zdawało się być idealnie dobrane, zrównoważone. Także w konfrontacji z Porfirym, Braun-Raskolnikow pokazuje klasę aktorską, chociażby w scenie przesłuchania przez sędziego. Nie wiem, jak z rolą Rodiona poradził sobie Sebastian Cybulski, ale Marek Braun zagrał ją naprawdę świetnie.
Prawdziwym mistrzem słowa i gestu okazał się jednak Janusz Łagodziński, odtwórca roli Porfirego. Aktorowi udało się dokonać prawie niemożliwego: on nie zagrał śledczego - on naprawdę nim był! Doświadczenie, a przede wszystkim niezwykły talent i kunszt aktorski sprawiły, że Łagodziński zaczarował publiczność zgromadzoną w teatrze. Sposób, w jaki ujął rolę Porfirego, można uznać za prawdziwe arcydzieło. Sceny, w których sędzia „rozmawia" z Raskolnikowem, właściwie go przesłuchując, to najlepsze momenty w całej sztuce. Łagodziński wyróżnia się przede wszystkim mocnym, aktorskim głosem (co dzisiaj jest rzadkością, zwłaszcza wśród młodych aktorów), a także iście mistrzowskim operowaniem mową i gestem. Gdy Porfiry rozmawia ze studentem (czytaj: chce z niego wydobyć prawdę o zabójstwie) jest dla niego przesadnie miły i serdeczny, zdaje się wcale nie nawiązywać do morderstwa lichwiarki i jej siostry. Kiedy jednak widzi, że Rodion zaczyna się wahać, natychmiast wykorzystuje ten moment i przystępuje do ataku. Właśnie w tym momencie ujawnia się prawdziwy talent aktorski Łagodzińskiego: postać, którą odtwarza na scenie, z sympatycznego i niepozornego sędziego śledczego nagle przeistacza się w drapieżcę, napastnika, który bez litości atakuje upatrzoną przez siebie ofiarę. Nam, widzom, pozostaje tylko patrzeć i - chciałoby się rzec - uczyć... Porfiry Piotrowicz grany przez Łagodzińskiego jest perfidny, ale nie sposób go nie lubić.
„Zbrodnia i kara" Lifanova to znakomita sztuka, w której zachowano właściwe proporcje, dzięki czemu nie ma się wrażenia przesytu. Aktorzy występujący w tym spektaklu wykazali się ogromnym zaangażowaniem i talentem. Wszyscy okazali się doskonale dobrani do swej roli, co dawało poczucie, jakbyśmy naprawdę byli razem z nimi w XIX-wiecznym Petersburgu. Sposób, w jaki mówili i poruszali się, w pełni charakteryzował postacie, które grali.
I tak na przykład Anastazja, beztroska i radosna służąca, przebiega uliczkami Petersburga nucąc rosyjskie piosenki. Patrząc na nią ma się odczucie, że żyje w zupełnie innym świecie niż Raskolnikow, któremu pierze i przynosi jedzenie. Jej świat jest prosty, ale szczęśliwy, natomiast egzystencja Rodiona bardziej kojarzy się z mrocznym Tolkienowskim Mordorem niż rosyjskimi przyśpiewkami.
W „Zbrodni i karze" wykorzystano symbole nawiązujące do religii chrześcijańskiej. Związane jest to z postacią Soni, która czyta Raskolnikowi fragmenty Biblii, a kiedy Rodion wyznaje jej swój przerażający sekret, dziewczyna ofiarowuje mu cedrowy krzyżyk należący do Lizawiety. Raskolnikow na znak pokuty czy też żalu za popełniony czyn, wyznaje na klęczkach swoją winę „urbi et orbi". Dopiero teraz jest godny nosić krzyżyk należący do jego ofiary, który stanowi przecież największy symbol cierpienia i wiary chrześcijańskiej.
W sztuce Lifanova do minimum ograniczone zostały role Soni (postaci tak istotnej w powieści Dostojewskiego) i Razumichina, a także wątek (również miłosny) dotyczący Soni i Rodiona. W spektaklu nie uwzględniono rodzin obojga bohaterów. Nie ma więc ojca Soni, Marmiełodowa, Katarzyny Iwanowny z dziećmi, jak również siostry i matki Raskolnikowa (tym samym pominięto wszelkie sceny z udziałem Duni). Być może dlatego właśnie aktorka grająca Sonię i Lizawietę (Paulina Dziuba) nie wypadła zbyt przekonująco w swej roli. Sonia w sztuce Lifanova właściwie tylko przemyka po scenie, a jej niechlubnego zawodu domyślamy się jedynie po podwiązce, którą demonstracyjnie poprawia i prowokacyjnych uśmiechach, jakie śle mijającym ją mężczyznom. Nie wiemy, jak i kiedy poznała Raskolnikowa, bez lektury Dostojewskiego postać Soni jest dla nas zagadką.
Podczas spektaklu można zauważyć, że na scenie dużo się dzieje. Ruch sceniczny odgrywa tutaj kluczową rolę. Aktorzy niemal bez przerwy poruszają się po kładkach i pomostach, czasem przysiądą na ławce i poczytają gazetę, lub po prostu patrzą gdzieś w dal. Jak nietrudno się domyślić, takie zagospodarowanie sceny nie było przypadkowym dziełem. Reżyser świadomie wykorzystał sieć ścieżek, po których poruszają się odtwórcy ról. Aktorzy podczas sztuki musieli wykazać się niebywałą sprawnością i gibkością, gdyż wiele scen wymagało od nich dużej sprawności ruchowej i... równowagi. Jako przykład posłużyć może rozmowa Raskolnikowa
z Zamietowem (prześmieszny i jakże przystojny Sebastian Cybulski). Obaj panowie toczą zaciekłą walkę słowną przy stoliku, co chwila zamieniając się miejscami i stołkami. Scena jest niezmiernie karkołomna, gdyż aktorzy dosłownie balansują nad krawędzią (sceny), na szczęście (dla widzów i odtwórców) żaden z nich nie spada.
W sztuce Lifanova aktorzy ubrani są w stroje przypominające te, jakie noszono w XIX wieku w Petersburgu. Trzeba przyznać, że zwłaszcza panowie (tu światła jupiterów padają na jeszcze bardziej przystojnego Zosimowa alias Czarnego Człowieka, Kamila Woźniaka) prezentowali się niezwykle korzystnie i elegancko w swych ciemnych płaszczach i cylindrach.
Muzyka, jaką wykorzystano w spektaklu, była znaczącym elementem przedstawienia. Motywem przewodnim w „Zbrodni i karze" był „Waltz nr 2" Dymitra Szostakowicza, przerywany niemal bez przerwy efektem dźwiękowym w postaci brzęczącej muchy (która miała stanowić tło nerwowych rozważań i zachowań Raskolnikowa).
Także oświetlenie miało znaczący wpływ na przebieg sztuki. Każdy wątek kończył się chwilowym zaciemnieniem sali, co aktorzy skrzętnie wykorzystywali na szybkie przemieszczenie się do innego punktu sceny. Także podczas niektórych scen, np. wizyty Raskolnikowa w gabinecie Porfirego, aktorzy byli dodatkowo oświetlani przez reflektor, jakby dla zaznaczenia miejsca, w którym się znajdowali.
En bref, jak mawiają Francuzi, stwierdzam, że sztuka Lifanova była naprawdę rewelacyjna. Na szczególne oklaski zasługują przede wszystkim Braun i Łagodziński, ale pozostali aktorzy również wykazali się dużym talentem. Mimo że reżyser musiał „okroić" „Zbrodnię i karę", jego spektakl zachował główną ideę Dostojewskiego. Nie ma w nim nużących momentów, akcja jest żywa i wciąż ewoluuje. Scenografia, wykonana przez Annę Tomczyńską, stanowi wspaniałe dopełnienie całej sztuki. Aktorzy doskonale opanowali swoje role i kwestie (a te do najprostszych nie należały), za co należy im się szczere i pełne podziwu chapeau bas.
W spektaklu nie zabrakło również komicznych momentów (wystarczy przypomnieć sobie Cybulskiego- Zamietowa dmuchającego namiętnie w filiżankę podczas wizyty u sędziego).
„Zbrodnia i kara" jest sztuką nie tylko o zbrodni i jej konsekwencjach, ale niesie ze sobą uniwersalny przekaz, który skierowany jest do każdego człowieka. Z całą pewnością nie pozostawia widza obojętnym, przeciwnie - skłania go do refleksji nad życiem, śmiercią i grzechem, czyli wszystkim tym, co nas bezpośrednio dotyczy i czego nie możemy, niestety, uniknąć.

Izabela Krasińska
filologia polska, II rok
Koło Naukowe Polonistów

 

* * *

 

"Zbrodnia i kara" to najnowszy spektakl rosyjskiego reżysera Grigorija Lifanova, którego premiera miała miejsce w radomskim Teatrze Powszechnym 3 marca. Przedstawienie oglądać można na Scenie Kameralnej.
Tekst powieści Dostojewskiego z racji swych ogromnych rozmiarów musiał zostać nieco okrojony, by przystosować go do potrzeb przedstawienia teatralnego. Reżyser zdecydował, że pokaże widzom wątki związane ze śledztwem w sprawie zabójstwa lichwiarki, a przede wszystkim psychomachię - wewnętrzną walkę głównego bohatera Raskolnikowa (w tej roli Marek Braun) z samym sobą. Brak postaci związanych z rodziną byłego studenta filozofii - nie ma w przedstawieniu matki i siostry Rodiona, nie ma Swidrygajłowa - sprawia, że główny bohater w odczuciu widza jest jeszcze bardziej samotny, musi sam zwalczyć swoje demony. Rola Soni (Paulina Dziuba) została wyraźnie zredukowana - jej historia nie została opowiedziana, pozostaje ona tylko osobą, która pomaga Raskolnikowowi dojrzeć do myśli o pokucie i odkupieniu win.
Myśli Raskolnikowa w sztuce Lifanova stają się monologami, wygłaszanymi ze zmienną intonacją - raz szeptem, innym razem są prawie wykrzyczane. Szybkie powtarzanie przez aktora wciąż tych samych fraz ukazuje głównego bohatera jako szaleńca, co w powieści nie było aż tak jednoznaczne.
Zupełnie inny sposób mówienia prezentują Razumichin (Michał Górski) oraz służąca Nastazja (Joanna Jędrejek). Sprawiają wrażenie ludzi prostych, wesołych, niemających żadnych zmartwień. Nastazja przez swój lek6omyślny sposób mówienia, przeplatanie słów chichotem, śpiewanie rosyjskich przyśpiewek zdaje się bardziej przypominać dziecko niż dorosłą kobietę, jednak tym samym wnosi nieco ciepła, radosnej ludowej atmosfery w mroki demonicznego miasta, jakim jest Petersburg. Razumichin zaś wszystko, co chce powiedzieć, wykrzykuje, jakby ciągle był na zabawie lub przyjęciu i chciał przekrzyczeć ludzi wokół.
Interesujący jest także ton wypowiedzi Porfirego (w tej roli Janusz Łagodziński) - zawsze spokojny, bo mężczyzna zachowuje opanowanie niezależnie od tego, co mówi. Używa wielu zdrobnień, a jego miłe zachowanie, uśmiechy nie współgrają z treścią słów, które przekazuje. Zabieg ten dobrze oddaje charakter powieściowego sędziego śledczego.
Cały spektakl jest niezwykle dynamiczny. Po wąskich uliczkach Petersburga ciągle przechadzają się ludzie, widz ma wrażenie, że podgląda życie całego wielkiego miasta. Tylko Raskolnikow po tych uliczkach się nie przechadza - on nerwowo biega, coś liczy, planuje. Gdy zatrzyma się choćby na chwilę, spotyka „czarnych ludzi" - tajemniczych mężczyzn w cylindrach (Kamil Woźniak, Wojciech Ługowski), którzy zdają się wiedzieć wszystko o obsesjach Raskolnikowa. To właśnie oni przedstawiają studentowi myśl o tym, że zabicie Lizawiety mogłoby być czymś pożytecznym. Słowa te skierowane są wprost do Rodiona (w powieści bohater podsłuchuje je w karczmie). Po zbrodni „czarni ludzie" zdają się wiedzieć, co zaszło, bohater słyszy oskarżenia, nazywany jest mordercą. „Czarny człowiek" pełni w przedstawieniu poniekąd funkcje Swidrygajłowa, można go także interpretować jako siły zła, które sam Raskolnikow dopuszcza do głosu.
Marek Braun w roli Rodiona często wykonuje gesty zakrywania się rękoma, łapania za głowę. Jego Raskolnikow sprawia wrażenie, jak gdyby chciał ukryć się przed całym światem, zakryć swoją zbrodnię. Podobne gesty wykonuje lichwiarka Aliona Iwanowna (w tej roli także grająca Anastazję Joanna Jędrejek, zmieniona nie do poznania). Skurczona staruszka całym swoim ciałem prezentuje nieufność wobec obcych. Jedynie wręczony jej zastaw sprawia, że ruchy jej stają się szybsze, odkrywają kolejną cechę jej charakteru - chciwość.
Charakteryzacja w spektaklu ma za zadanie przekonać widza, że ma do czynienia ze społeczeństwem XIX-wiecznym. Stroje aktorów odpowiadają więc strojom z epoki. Dominują beże i szarości. Nawet prostytutka Sonia ma na sobie popielatą suknię - jedyny gest, który może uświadomić widzowi, jaka jest jej profesja, to pokazanie podwiązki na petersburskiej ulicy. W jej wyglądzie nic (może poza brakiem kapelusza) nie wskazuje na to, czym trudni się dziewczyna. Ubrania innych bohaterów - Razumichina, Raskolnikowa, Anastazji - są czyste, schludne, niekoniecznie ukazują dość niską pozycję społeczną i ubóstwo.
Istotną rolę w spektaklu "Zbrodnia i kara" w reżyserii Grigorija Lifanova pełnią rekwizyty. Najważniejszym z nich bez wątpienia jest siekiera. Wyciągnięta przez Raskolnikowa z rynsztoka powraca, jak złe wspomnienie, w rozmowie z Porfirym na temat zabójstwa. Rynsztok skrywa też inne rekwizyty. Pośród pomiętych gazet jest też ta, w której w formie artykułu swoje teorie opublikował Raskolnikow. Rynsztok nieprzypadkowo staje się więc w przedstawieniu „śmietnikiem idei". W przedstawieniu pojawiają się także rekwizyty o charakterze religijnym. Jest Biblia, z której fragmenty czyta Sonia, oraz krzyżyk, którego z jej rąk nie chce lub nie może przyjąć Raskolnikow.
Możliwości Sceny Kameralnej reżyser i scenograf wykorzystują w bardzo interesujący sposób. Rzędy krzeseł ustawione są po obu stronach sceny, aktorzy muszą grać tak, by istotne elementy przedstawienia widoczne były dla widzów zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Na stosunkowo małej przestrzeni udało się umieścić wszystkie ważniejsze dla akcji powieści miejsca - pokój Raskolnikowa, mieszkanie sędziego śledczego, petersburską ulicę a także mieszkanie lichwiarki, które dla widza pozostanie jednak zamknięte - dobiegać będą z niego tylko odgłosy krwawego mordu.
Pokój Raskolnikowa - tak jak w powieści - jest bardzo mały i wyjątkowo niegościnny. Nie można go nazwać przytulnym. Mimo to wnętrze, podobnie jak ubiór, nie zdradza nędzy, w jakiej żyje Raskolnikow. Mieszkanie sędziego śledczego wydaje się zimne i chłodne - zawieszone są w nim zdjęcia przedstawiające miejsce zbrodni. Zdradzają one, że Porfiry nie ma prywatnego życia, zajmuje się śledztwami zarówno w pracy, jak i w domu. Chłodne wnętrze jego mieszkania doskonale oddaje spokój i precyzję, z jaką sędzia prowadzi swoje śledztwo. Uliczki miasta natomiast zostały zaaranżowane tak, by przypominać prawdziwy Petersburg - miasto na wodzie. Są jak kładki przerzucone przez rzekę, krzyżują się w wielu miejscach, pojawia się również most.
Światło w spektaklu skupia uwagę widza na danym miejscu sceny, sugeruje, w którym z wnętrz się właśnie znajduje. Pokazuje też upływ czasu - zmieniają się pory dnia, światło bywa jaśniejsze lub ciemniejsze. W przedstawieniu pojawiają się także latarnie, które oświetlają rosyjską ulicę. Dominuje jednak półmrok, jasne światło towarzyszy tylko finałowej scenie przyznania się do zabójstwa.
Uczucie niepokoju, które powoduje wspomniany już półmrok, potęgowane jest przez efekty dźwiękowe. Przez cały spektakl widz słyszy natrętne brzęczenie much - raz cichsze, raz głośniejsze, spotęgowane zaraz po scenie zabójstwa. Dźwięk ten przypomina myśli Raskolnikowa - nie daje spokoju, nie ma przed nim ucieczki, nigdy nie cichnie zupełnie. Finałowej scenie towarzyszy jednak niezwykła przemiana, brzęczenie much zmienia się w śpiew ptaków. Prócz natrętnych much widz usłyszeć może także melodie typowo rosyjskie - pojawia się motyw muzyczny z walca Dymitra Szostakowicza i dźwięki muzyki cerkiewnej.
Spektakl "Zbrodnia i kara" to uniwersalna opowieść o istocie człowieczeństwa, o zbłądzeniu i pułapkach wielkiego miasta. Petersburg u Lifanova, tak jak i u Dostojewskiego, jest antyutopią, miejscem, gdzie rodzą się demony. Opamiętanie przynosi nie rozum, a serce.
Przedstawienie grane w radomskim teatrze w sposób bardzo dobitny pokazuje najważniejsze treści, które niesie ze sobą dzieło Dostojewskiego. Zrezygnowanie z epilogu sprawia, że ostatnią sceną, jaką pamięta widz po wyjściu z teatru, jest chwila duchowego oczyszczenia Raskolnikowa, co dodatkowo wzmacnia wymowę całości. Lifanov ukazuje, że nawet w dzisiejszym świecie nie ma win, z których człowiek nie mógłby się obmyć.

Marlena Gałek
II rok filologii polskiej
Koło Naukowe Polonistów

 

Recenzje można znaleźć także na stronie Politechniki Radomskiej - TUTAJ.